Wpadł do sali muzyki, potykając się o pasek własnej torby. Profesor podniósł wzrok znad nut; zdjął okulary, przyglądając się chłopakowi szukającemu miejsca.
-Jason Gale, jak mniemam?
-Yyy… Nie. – Mruknął nerwowo Jason.
-Spóźniłeś się już trzeci raz na mój wykład od początku roku, czy pokpiłeś mój przedmiot?
-Ależ nie, profesorku. Mam ciężką sytuację i ledwo nadążam za życiem.
-To nie zwalnia Cię…
-Wiem, wiem. Na dziś przewidział pan Beethovena, więc wróćmy do prawowitego tematu. – Powiedział z naciskiem chłopak, chowając twarz przed ciekawskimi studentami. Siedząca obok dziewczyna uśmiechała się do niego promiennie.
-Czego? – Warknął półszeptem, spoglądając na nią spod wysoko uniesionej brwi. Odwróciła się szybko do swojego zeszytu z nutami.
-Otóż… – po sali rozniósł się donośny głos profesora. – Omówimy dzisiaj twórczość Beethovena, a dokładniej przerobimy utwory ‘Dla Elizy’ i piątą symfonię. Na następne zajęcia proszę przygotować się z dowolnego instrumentu, na którym znacie się najlepiej, chcę wyłonić kadrę muzyków, która reprezentować będzie nasz college. – Wszyscy rozejrzeli się po sobie podekscytowani. Wszyscy, oprócz Jasona, który bazgrał po okładce zeszytu. Kończył szkic czarnej róży, kiedy uderzyła go grobowa cisza. Podniósł wzrok.
-Pan również mógłby się przyłożyć, panie Gale. Wiem dobrze, że pan potrafi. – Mówiąc to profesor oddalił się w kierunku swojego biurka. – Muzycy wybrani przeze mnie będą cotygodniowo występować w operze, a kiedy nabierzecie pewności siebie i własnego stylu, zajmiecie się utworami solo. Poza występami w operze przewiduję również reprezentowanie college’u na zawodach i konkursach. Moja kadra zawsze była zdyscyplinowana i najlepsza z możliwych. Dlatego proszę o przyłożenie się do pracy. To chyba na tyle. Zatem przystąpmy to naszego tematu, którym jest Beethoven i jego twórczość.
Podczas gdy profesor mówił o sławnym muzyku Jason odpłynął w swoim świecie, w głowie układając zmiksowaną piosenkę, którą zamierzał dzisiaj przedstawić w Black Rose. Zaczął bębnić ołówkiem w blat stolika, wystukując melodię nowego kawałka. Nucił pod nosem, szkicując na okładce zarys kobiecych oczu.
-Panie Gale!
Jason otrząsnął się z zamyślenia, nieobecnym wzrokiem spoglądając na ciemną ścianę przed sobą. I – ku jego zdziwieniu – ową ścianą okazał się profesor wraz z kilkoma studentami zaglądającymi mu przez ramię. Chłopak uniósł brew, spoglądając na wykładowcę.
-W czymś problem?
-W panu! W panu, panie Gale!
Popołudnie zapowiadało się dosyć nędznie dla Jasona Gale. Wiało nudą na wykładach, na jednym z nich zasnął, na dodatek miał nawał pracy w drużynie; nowi rekruci wymagali przeszkolenia, sprawdzenia, niektórzy wyrzucenia i Jason – jako kapitan – musiał się tym zająć.
Rekruci skończyli piąte okrążenie boiska, a raczej – jedna trzecia rekrutów skończyła piąte okrążenie.
-Zmęczeni? – W odpowiedzi usłyszał jęki i zawodzenie. – Dobrze, kolejne pięć i przerwa. – Krzyknął z uporem, po czym potruchtał w stronę trybuny. Przysiadł w drugim rzędzie, zapisując przy nazwiskach uwagi i notatki.
-Zajeździsz ich. – Usłyszał kobiecy, schrypnięty głos. Odwrócił się i uniósł automatycznie brew. Stała przed nim dziewczyna o brązowych włosach, w glanach na nogach i pokrowcem na gitarę przewieszonym przez plecy. Zeskoczyła z krzesełek i znalazła się obok Jasona.
-Potrzebny jest im porządny trening. Nie wiedzą jeszcze, ile pracy ich czeka. – Odparł przyglądając się rozmówczyni. Intrygowała go, musiał przyznać. – Też chcesz dołączyć do drużyny? – Zapytał z szerokim uśmiechem, wodząc wzrokiem po jej kolekcji kolczyków.
-Niestety nie kręcą mnie spoceni pakerzy. Cenię mózg. – Puściła mu oczko. – Słyszałam, że szukasz mieszkania, więc przyszłam z propozycją.
-Gdzie słyszałaś takie bzdury?
Dziewczyna uniosła brew spoglądając na niego z powagą.
-Kenneth Jones szuka optymalnego, mało inwazyjnego i odpornego na Ciebie lokatora, bo śpisz w samochodzie na parkingu college’u.
Jason momentalnie przestał się uśmiechać. Kenneth dużo dla niego zrobił od chwili, kiedy zamieszkał w Nowym Jorku.
-Tak, śpię. – Mruknął wracając wzrokiem do rekrutów.
-W takim razie nazywam się Katherine O’Brien, witam w nowym mieszkaniu. – Podała mu klucz, który dorobiła wcześniej dla Enkeli. – Możesz wprowadzić się bezpośrednio po treningu, przygotowałam już twój pokój. – Wstała z krzesełka. – A, i Black Rose jest drzwi obok.
Jason przez chwilę przyglądał się metalowemu, błyszczącemu przedmiotowi.
-Dlaczego chcesz ze mną mieszkać? – Zawołał za nią. Odwróciła się i zatrzymała na chwilę.
-Bo ufam Kennethowi, a Ty wykazujesz odrobinę mózgu! – Odparła wskazując na zeszyt z nutami leżący przy jego teczce. Pomachała mu na pożegnanie i zniknęła.
-Trenerze, skończyliśmy. – Wysapał jeden z rekrutów, opierając się o swoje kolana. – To zróbcie jeszcze pięć, dla pewności, że wytrzymacie cały mecz nie pokładając się na murawie. – Zawołał uśmiechając się do siebie. Schował klucz do portfela, próbując przywołać w pamięci postać dziewczyny. Jak jej było? Kathe O’Brien?
Przekręcił klucz w zamku; jak miło było usłyszeć jego chrzęst. Uchylił drzwi i wcisnął głowę do mieszkania, nadal stojąc w progu. Na środku przedpokoju siedział czarny jak smoła kot z małą, czerwoną obrożą, na której zawieszony był pentagram. Jason uniósł brew. Zwierzak wyglądał, jakby miał zamiar bronić swojego terytorium. Gale westchnął pod nosem, zostawiając torbę z ubraniami na progu.
-Devil! – po mieszkaniu rozniósł się kobiecy, przyjazny głos. Kot niechętnie oderwał wzrok od Jasona i potruchtał w głąb mieszkania. Nowy lokator wykorzystał ową chwilę i wcisnął się do mieszkania, zabierając torbę i karton z płytami z klatki.
Zza rogu wyłonił się kot, sycząc złośliwie i oblizując się co chwila.
-Ty mała cholero… – Usłyszał głos współlokatorki, a już chwilę później ją zobaczył. Wzięła kota na ręce, jednocześnie wskazując Jasonowi mahoniowe drzwi z sześcioma szybkami, prowadzące do niedużego pokoju.
Jak się okazało, w wyposażenie nowego lokum Jasona wchodziło miękkie łóżko, niewielka garderoba z półkami, stare i ciężkie biurko i balkon, którego balustrada zdobiona była kutymi liśćmi zaplątanymi pomiędzy wygiętymi, starymi prętami. Na balkon prowadziły stare, drewniane drzwi z dużymi szybkami, dzięki czemu dużo światła słonecznego wpadało do środka.
Na ścianie zawieszony był niewielki koc, do którego przyczepiono pinezkami kilka prostych zasad dla nowego mieszkańca stara lista zakupów.
-To wszystko jest moje? – Zapytał niedowierzając chłopak.
-Tak, niestety dostałeś mniejszy pokój. Kuchnia jest na lewo od drzwi wejściowych, a łazienka koło mojego pokoju. Płacisz pod koniec miesiąca, jak nie płacisz, to się narażasz. Trzy dolne półki w lodówce są Twoje, nie gotuję obiadów, wieczorami zwykle mnie nie ma. W razie pytań i niejasności na biurku masz zapisany mój numer. To chyba tyle. – Devil otarł się pyszczkiem o ucho dziewczyny, pokazując kto tu rządzi. – To jest Devil, Pan i Władca tego domu. – Kathe roześmiała się, zrzucając kota na podłogę. Ten zamiauczał wyniośle, po czym obsikał karton z płytami Jasona. Kathe skrzywiła się.
-Przykro mi. Zawsze to robi. – Uśmiechnęła się przepraszająco, po czym zniknęła we wnętrzu mieszkania.
Jason roześmiał się pod nosem i wyszedł na balkon. W końcu miał własny kąt. Położył się na podłodze balkonu i podłożył ręce pod głowę. Nieskazitelnie niebieskie niebo było piękne i zdradzało, że teraz już będzie o wiele lepiej, że przyszłośc maluje się w pozytywnych barwach. Cieszyło go to.
Roześmiał się głośno.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz