Szara, gęsto utkanapołać chmur spowijała niebo niczym kir zakrywający twarzżałobnicy. Mleczna mgła sunęła powoli tuż przy samej ziemi,muskając niewidzialną dłonią źdźbła soczyście zielonej trawyzroszonej srebrzystymi kroplami, które przypominały drobne brylantyrozrzucone wokół z rozerwanego niegdyś naszyjnika. Wszechobecnacisza, która wbrew wszystkim zapewnieniom nie miała prawa istnieć,przepełniona była cichym szeptem szeleszczących liści pnącychsię w górę topoli. Poruszający gałązkami wiatr leniwie tańczyłwśród drzew, od niechcenia pląsając w lekkich podrygach. Wydawałosię, że świat zatrzymał się w miejscu, a czas płynący do tejpory wartkim strumieniem zwolnił, przemieniając się w zaledwieszemrzący potoczek. W takich chwilach człowiek miał ochotęprzystanąć i zamknąć oczy, wstrzymując przy tym oddech, byprzypadkiem nie zakłócił on panującej wokół harmonii.
Z każdym kolejnymkrokiem Sonia odnosiła wrażenie, że pozorny spokój jaki zapanowałnad niewielkim cmentarzem w następnym ułamku sekundy rzuci się nanią z głuchym warkotem i rozszarpie ostrymi jak sztylety szponami,błyskając wokół przekrwionymi białkami oczu. W dłoni trzymałakilka gałązek orchidei zwieńczonych białymi kwiatami o wymyślnychkształtach, jakby te mogły jej posłużyć za śmiercionośnąbroń, którą pokona rozjuszonego potwora. Wzrok wbiła w koniecalejki, jaką wyznaczał rząd białych nagrobków i nie oglądającsię na boki, nieubłaganie zbliżała się do celu swojejprozaicznej wędrówki, nieustannie bijąc się z myślami.
„Kiedy byłaś tu poraz ostatni, Soniu? Aż wstyd się przyznać, prawda? Osiem lat temu?W dniu ich pogrzebu. Wydawałoby się, że to całkiem niedawno, aledla ciebie była to cała wieczność. Wieczność przepełnionaniekończącą się ucieczką. Naprawdę myślałaś, że wyjeżdżającz miasta, wraz z pokonywanymi kilometrami zostawisz za sobą dawneżycie? Głupia!”
Brunetka uśmiechnęłasię drwiąco, co było wystarczającym komentarzem na słowa głosikurozbrzmiewającego w jej głowie. Miał rację, na całe szczęścietylko częściowo, bowiem udało jej się uciec. Raz na zawszerozstała się z wyrzutami sumienia, niedbałym machnięciem rekiprzepędziła poczucie winy i głośno się śmiejąc, zatrzasnęładrzwi tuż przed nosem żalu pchającego się do jej duszy. Uciekła,wcześniej wymieniwszy z przeszłością uścisk dłoni, któryostatecznie je pogodził. Nie, nie mogła o niej zapomnieć.Przeszłość była nieodłączną częścią jej osoby, budowałaobecne „ja” Sonii i wyraźnie odbijała się w przyszłości,lecz gdyby tak po prostu wymazać ją z życiorysu, równie dobrzemożna by było uśmiercić samą kobietę.
„Kłamiesz. Wżywe oczy. Żeby było śmieszniej, okłamujesz samą siebie. Nie?Doprawdy? Więc dlaczego na samo niewyraźne wspomnienie krzywisz sięi mimowolnie napinasz mięśnie? Dlaczego nie chcesz o tym mówić,jak ognia unikając tak błahego tematu? Dlaczego zjawiłaś siętutaj dopiero teraz? Dlaczego?”
Kobieta przystanęła,zaciskając smukłe palce na trzymanych w dłoni kwiatach. Mgłaoplatająca jej kostki zakotłowała się jak stado węży chcącychpokąsać nogi panny Winston, lecz ta nie zwróciła na tonajmniejszej uwagi. Pokręciła z dezaprobatą głową i ponownieruszyła przed siebie, zważywszy na to, że od tego jednego,konkretnego nagrobka dzieliło ją zaledwie parę metrów. Po razkolejny też zignorowała głosik, który swoim bezładnym bredzeniempomału zaczynał ją irytować, bo jeśli Sonia kogokolwiekokłamywała, to na pewno nie samą siebie. Wiedziała, dlaczego taka nie inaczej reagowała na ciąg obrazów z przeszłości, gdy tylkote, korzystając z chwili nieuwagi brunetki, przejmowały kontrolenad jej umysłem. Czy ktokolwiek inny, postawiony w sytuacji Sonii,nie czułby się nieswojo? Kłamstwem byłoby przywoływanie na ustasztucznego, wesołego uśmieszku. Uśmieszku, który miałby na celuzadowolenie jedynie otaczających kobietę ludzi.
„Nie poddam się.Nie poddam się, do póki się nie złamiesz. Słyszysz?”
- Pieprz się.
Sonia zatrzymała się iprzesunęła wzrokiem po literach skrupulatnie wyrytych w białymkamieniu. Literach układających się w wyrazy, które tworzyłykilka linijek rzeczowego tekstu.
Lilith Winston Brian Winston
1962 – 2006 1957 – 2006
Zginęli tragicznie.
Nie wiedzieć kiedy,brunetka przysiadła po turecku na wilgotnej trawie i ułożywszykwiaty tuż przed kamienna płytą, przymknęła powieki, na powrótznajdując się w słodkiej krainie dzieciństwa. Biegała poogrodzie pomalowanego na biało domu, droczyła się z rodzeństwem,przekomarzała z ojcem i śmiała z matką. A później? Późniejzostała sama. W przeciągu roku straciła wszystkich bliskich,oglądając śmierć każdego z nich. Jakby to ona zapraszała ówszkielet z kosą i wskazywała na konkretna osobę palcem.
Chcieli ją zniszczyć.Zniszczyć psychicznie, doprowadzić do szaleństwa i udało im się.To, co skrzętnie skrywała w swoim wnętrzu zostało wywleczone nawierzch zaledwie przez jedną osobę i oblazło ją jak robactwożerujące na gnijącej padlinie. Musiała sięgnąć dna, by się doniego odbić, a wypłynąwszy na powierzchnie słonego oceanu łez,stała się zupełnie inną osobą. I ponownie obiecała sobie, żenie będzie płakać.
- Byliście wspaniali…- szepnęła i powoli wstała, po raz ostatni spoglądając na wyrytew kamieniu litery. Odwróciwszy się na pięcie, ruszyła w stronęmajaczącej w oddali bramy.
„Co terazzrobisz? Nadal będziesz wiodła takie życie, jak dotychczas? Niewidzisz? Schemat cię nie opuści. Ponownie stoczysz się na samodno, wmawiając sobie, że nikt nie jest w stanie cię zniszczyć.Jesteś w błędzie.”
Sonia z trudempowstrzymała się, by nie parsknąć serdecznym śmiechem. Tak byłokiedyś. Kiedyś, gdy miała jeszcze sumienie, a teraz? Teraz onoumarło i uleciało w zaświaty, pozostawiając po sobie ciałoporuszane za sprawą niewidzialnego lalkarza. Podczas gdy kiedyśtargały nią gwałtowne uczucia, teraz ich w sobie nie czuła.Wydawało jej się, że wydarzenia sprzed dwóch lat wydusiły z niejresztkę prawdziwej osobowości, że to, co w niej pozostało byłozaledwie kroplą niezbędną do życia.
Odetchnąwszy głęboko,podjęła decyzję. Wystarczyło zaledwie kilka godzin lotusamolotem. I tak oto powitało ją jej stare mieszkanie. W progupokoju wciąż, widniała kolejna ciemna plama. To tutaj leżałczłowiek, który doprowadził ją do upadku. Zniszczył i zniknął,a wkrótce i po Sonii nie pozostał żaden ślad.
„I dlaczegowróciłaś? By napawać się swoim dawnym cierpieniem? Przecież jużnic nie czujesz. Jedynie usilnie walczysz o przetrwanie. I wiesz?Może i masz siłę, ale ja wciąż tutaj będę. Będę przypominaćo tym, co było. Będę wytykać słabości. Będę cierniem w twoimsercu. Będę nieustannie i już na zawsze.”
Sonia przesunęładłonią po zakurzonym parapecie i zawiesiła wzrok na wysokichbudynkach odcinających się na tle błękitnego nieba. Jej ustaprzyozdobił drwiący uśmieszek, a we wściekle niebieskichtęczówkach zatańczyły iskierki rozbawienia. Nawet te cholernieniebieskie oczy się zmieniły. Jakkolwiek niegdyś przywodziły namyśl targaną sztormem powierzchnie oceanu, tak teraz z niespokojnejtoni wyzierała nieprzenikniona głębia. I każdy, kto tylkospojrzał w te oczy już wiedział, że na jej dnie czai sięprzeraźliwa pustka. Nawet nie płomyk ledwo tlącej się nadziei,tylko pustka.
~*~
Dopiero o poranku Soniaoderwała się od okna i rozmasowała obolałe kończyny, krzywiącsię lekko, kiedy zastałe mięśnie odmówiły współpracy. Całąnoc spędziła na wpatrywaniu się w Nowy Jork, miasto, z którymbyła już nierozerwalnie związana. I choć mieszkanie usytuowane nadziesiątym piętrze jednego z wieżowców położonych naManhattanie wypełnione było niezbyt przyjemnymi wspomnieniami,Winston zdawała się nie zwracać na to uwagi. Już nie; kiedyś niebyłaby w stanie patrzeć na pokoje, w których rozegrał się jejmały, prywatny dramat. Kiedy w przeciągu jednego dnia z młodej,pewnej swego dziewczyny stała się wrakiem człowieka. I to dziękizupełnie przypadkowemu mężczyźnie. Tak, dzięki, nie przez niego.Teraz bowiem wiedziała, że już nic i nikt jej nie zagrozi.
Ubrawszy się, wyszłana miasto i odnalazła swoją dawną własność. Niewielki bar owdzięcznej nazwie „Hell Gate”. Zdziwił ją fakt, iż o tejporze był otwarty, ale bez wahania weszła do środka z mocnympostanowieniem odzyskania władzy w tymże miejscu.
Uwaga, proszę państwa,Sonia Winston wróciła do miasta.
Sonia Winston, 23 lata, właścicielka baru „Hell Gate”
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz