sobota, 1 października 2011

1831. Guess, who’s back? Back again? They are back!

Budynek lotniska był nadzwyczaj zatłoczony, jednak biorąc pod uwagę końcówkę września, to nie było to nic dziwnego. Małe budki sklepowe z odzieżą, kosmetykami i jedzeniem oblegane były przez tłumy turystów. Nic dziwnego. Paryż o tej porze roku wyglądał cudownie. Tłumy obcokrajowców z podręcznymi przewodnikami pytali o drogę pomimo tego, że trzymali w dłoniach mapy. 
Handlarze pamiątkami wciskali wszystkim figurki wieży Eiffel’a różnych wielkości. Dla Paryżanów nie było w niej nic nadzwyczajnego, kawał złomu, w którym nastolatkowie pili, palili trawę i kochali się po kątach. Przynajmniej takie zdanie miała Jacqueline. 
Odprawa już się zaczęła, a ona kłusowała z ciężką walizą na ramieniu i płótnami w drugiej ręce po wnętrzu, kierując się w stronę swojego samolotu. Bilet trzymała w zębach, wiedząc jak kończy się pakowanie biletu na samym dnie torby. 
Wbiegła do hali odlotów, szukając wzrokiem towarzyszki lotu. Pomachała do niej płótnami i ruszyła w jej kierunku.
Towarzyszka Jacqueline, niejaka Joyce Jareau, zabijała czas rozwiązując zagadki logiczne w swoim telefonie. Widząc znajomą różową czuprynę wstała z niewygodnego krzesła i chwyciła w dłoń uchwyt od wielkiej walizki. 
-Najwyższy czas złotko! – zawołała do Jack, szczerząc się w wesołym uśmiechu.
-Wybacz, ale zatrzymał mnie mój były manager. Przeprosił mnie i zaproponował dalszą współpracę, aczkolwiek niestety musiałam odmówic. – Jackie uśmiechnęła się do rudowłosej kompanki, podając jej swój bilet. – Nie mogę się doczekac, kiedy będziemy już w Nowym Jorku.
- Jesteś w tym odosobniona – Mruknęła JJ, przewracając niebieskimi oczami w obramowaniu fioletowej kredki i cieni. – Ja bym jeszcze dwa tygodnie poświrowała z uroczym Antonio – westchnęła na samo wspomnienie ostatniej nocy. – A Nowy Jork jeszcze da nam popalić, zobaczysz moja artystko.
-Ha, ha. – Mruknęła Jackie. – Mam dość Paryża. Wszędzie zakochane pary i cmokający się turyści. Koszmar. – Dziewczyna przewróciła oczami.
- Marudzisz. – Ruda podała bilet obsłudze lotu i ruszyła korytarzem w stronę samolotu. – Amerykanie znudzili mi się już po roku na CalTechu…
- Mnie nudzą Francuzi i to całe pieprzenie o miłości. Ble. – Wzdrygnęła się na wspomnienie zakochanych par.
- Mnie też, dlatego rozmowę ograniczam do minimum – JJ zaśmiała się, po czym usiadła w fotelu. – Au revoir Paris! – Powiedziała melodramatycznie, zerkając przez okno samolotu.
Jacqueline nawet się nie obejrzała, rozglądając się za stewardesą.
- Napiłabym się czegoś. – Mruknęła siadając z brzegu.
- Zamów to samo dla mnie – odparła Joyce, wyłączając komórkę i wsuwając ją do kieszeni dżinsów.- Mam tylko nadzieję, że ta cała „Black Rose” to nie ruina, bo życia nam nie starczy by ją doprowadzić do ładu – wspomniała o kupionym przez nie lokalu, podobno dosyć sławnym swojego czasu.
Jackie złapała biegająca wte i wewte stewardesę za koniec sukienki. – Chciałam zamówić coś do picia. – Członkini personelu spojrzała na nią z dezaprobatą, po czym oddaliła się, zapewniając, że za chwilę będzie krążył barek. 
-Liczę na co najmniej trzy sale i resztki wnętrza, typu jakieś krzesła. Nie wymagajmy zbyt wiele.
- Uwierz mi moja droga Jacqueline, wspomnisz na me słowa, to jest zły pomysł. – Joyce nie wydawała się przekonana do prowadzenia lokalu w Nowym Jorku. – Miałam się rozgościć w Europie a nie wracać do Stanów. Szlag by to – mruknęła, odgarniając włosy z twarzy. Zagryzła dolną wargę na wspomnienie kasy, którą straciły kupując tak naprawdę kota w worku.
-Europa jest tragiczna. A Paryż ze swoimi turystami doprowadza mnie do szału. – Odparła Jackie, rozglądając się za obiecanym barkiem.
- Paryż jak Paryż, ale Europa to nie tylko Francja. – Joyce postanowiła nadal pomarudzić. Skoro już zainwestowała kasę w niepewny interes, chciała sobie ulżyć. – Zresztą nieważne. Może załapię się na dokończenie studiów, przydałoby się.
-Ja liczę na dobry interes, no i może otworzę swoją galerię, jeśli obrazy zaczną się sprzedawac. – Jackie podrapała się po łokciu i wyłożyła wygodnie w fotelu. Do odlotu samolotu zostało już tylko kilkanaście minut. – Rozmawiałaś z poprzednim właścicielem na temat personelu? Zwolnił ich już, czy czeka na naszą decyzję?
Joyce uniosła brew, odwracając wzrok od okna: – Emmm, czeka na nas, pozostawił nam decyzję.-Cwaniak – warknęła. – Jak przychodzi do zwalniania ludzi to nasza decyzja.
-Może nie będzie tak źle i obsługa baru całkiem daje radę. – Odparła spokojnie Jackie, zastanawiając się, czy rzeczywiście ma rację.
- Yeaaaah, Jack, na jakim świecie ty żyjesz? – Joy rozkokosiła się wygodniej w fotelu.
- No dobra -przyznała w końcu – To ja trochę przesadzam, ale życie mnie paru rzeczy nauczylo, w tym najważniejszej, że jak coś ma się zepsuć to się zepsuje. Mnie NY nigdy nie był pisany. Przynajmniej tak mi się wydaje.
-Bredzisz. To mnie Europa zawsze nudziła z tym swoim chłodnym nastawieniem do ludzi. W Ameryce jest zupełnie inaczej. – W końcu barek przyturlał się do foteli dziewczyn, a siedząca z drzegu Jacqueline spojrzała na towarzyszkę. – Masz ochotę na coś mocniejszego?
- Tak, cios cegłą w głowę, może jak stracę przytomność to zostawią mnie na lotnisku – zażartowała Jareau, po czym powiedziała – Wodę z lodem. I cytryną.
-A dla mnie whiskey. – Odchrząknęła. – Najmilsze z możliwych pożegnanie z ukochanym, rodzinnym miastem, po jednym głębszym. Na trzeźwo nie lubię latac. – Ostatnie zdanie burknęła pod nosem, poprawiając sobie grzywkę, która jak zwykle wpadała jej do oczu.
- Ja bym się porzygała. – Joyce chwyciła szklankę z wodą, upiła łyk, zapięła pasy. W uszy włożyła słuchawki od iPoda, po czym mruknęła do towarzyszki: 
- Do zobaczenia w Ameryce – po czym przymknęła powieki, zamierzając po prostu wszystko przespać.
Jacqueline wzruszyła ramionami i wzięła swoją szklaneczkę z whiskey. 
- Miłego. – Odparła upijając łyk, po czym sięgnęła po szkicownik i odpłynęła w krainę fantazji i szokujących obrazów…


Joyce Emily „JJ” Jareau
24 lata
absolwentka CalTech-u
współwłaścicielka pubu rockowego „Black Rose”
&
Jacqueline Anette „Jackie” Rosseau
23 lata
ekscentryczna malarka
współwłaścicielka pubu rockowego „Black Rose”
—–
Tak, tak, to my, 2/3 Nie-Świętej Trójcy NYC

Jackie prosi o zaproszenie na maila: zlo@onet.pl
Witamy!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz