Piąta Aleja budziła się z niespokojnego snu.Noc zupełnie nienadająca się dla złaknionych snu, rozbrzmiewała odgłosami wciążmocno stojącego na nogach miasta; kakofonia dźwięków atakująca uszy, setkizapachów i dziesiątki zmieszanych ze sobą języków. Wszystko to ucichło dopieronad ranem, kiedy jasne światło wschodzącego słońca, zabarwiło horyzont widocznypomiędzy wieżowcami na zmieszane ze sobą odcienie czerwieni i żółci. Dźwiękizamarły, słowa zostały niewypowiedziane, zastąpione trelami ptaków, a zapachyprzegnane wonią świeżo upieczonego pieczywa, dolatującą z otwartych drzwipiekarni po prawej.
Wzdłuż Alei okna trzaskały,wpuszczając do dusznych wnętrz powiew świeżości; właściciele zaczynalicodzienną, monotonną krzątaninę, zazdrośnie spoglądając przez szyby nawbiegających do Central Parku porannych biegaczy, żałując, że sami nie mogąwyjść z pracy i zostawić wszystko to, co przysparza im problemów za sobą, wbudynkach.
Okryty jesienną szatą park, który swewdzięki rozpościerał po drugiej stronie ulicy, kusił i nęcił, a słońceprzesuwające się coraz wyżej po niebie, wcale nie pocieszało tych, którzytrzymani byli na łańcuchach własnych zajęć.
Byli jednak tacy, którzy gdyby tylkomogli, gdyby mieli choćby małą szansę powodzenia, zerwali by kajdany i ucieklinawet przez zamknięte drzwi, rozbijając szybę; byle dalej od miejscaprzysparzającego problemów i od szarpiących nerwy kłopotów i stresów.
- To nie na moje nerwy. Porywam się zmotyką na słońce.
Hannah była właśnie jedną z takichosób. Aktualnie przebywała w lokalu sąsiadującym z piekarnią, miała przepięknywidok na Central Park, ale zupełnie jej to nie obchodziło. Zachowywała się tak,jakby nie dostrzegała otaczającego jej świata, jakby skupiona była tylko naswoim wnętrzu i tym, co ją kuło w serce. Podenerwowana zacierała ręce, miałarozbiegane spojrzenie i żadne uspokajające słowa nie chciały do niej dotrzeć,rozbijając się o niewidzialny mur wokół niej wzniesiony. Była głucha, ślepa,ale mowy nie straciła.
- Jakie licho mnie podkusiło, abym sięna to zgodziła?
Hannah westchnęła ciężko, zatrzymującswoją nerwową wędrówkę, a raczej wydeptywanie parkietu, przy przeszklonychdrzwiach; potarła chudymi palcami pulsującą skroń i odwróciła się plecami doalei, na której zaczynał się coraz większy ruch; już dawno minęła ósma rano, poczym powiodła spojrzeniem po lokalu.
Miała przed oczami swoją pierwszą, zprawdziwego zdarzenia cukiernię; pomysł jej otwarcia kręcił się po babcinejgłowie już od jakiegoś czasu, ale dopiero miesiąc, ponad miesiąc temu, Hannahpostanowiła i zdecydowała się naprawdę mocno, że spróbuje. Otworzy własnącukiernię.
- Jestem szalona, na stare lata, cośtakiego.
Pomieszczenie było jasne i znaczniewiększe niż typowe cukiernie w okolicy, czy w całym mieście; Hannah doszła downiosku, że jak już otwierać coś takiego, to trzeba iść na całość. Uznałatakże, że klienci powinni mieć miejsce do spokojnego zjedzenia jej wypieków;dlatego zainwestowała również w miejsce na stoliki, co by ludzie ciasto, czycokolwiek innego zjedli przy kawie, herbacie, ewentualnie gorącej czekoladzie,albo kakao. A dla łasuchów lubujących się w słodyczach, lokal pod cudną i jakżeoryginalną nazwą: Cukier, Słodkości i Różne Pyszności, oferuje ciastka,ciasteczka, babeczki i wszystko, co zawiera cukier.
- Przesadziłam, zdecydowanieprzesadziłam.
- Bunia, bo cię w końcu zakneblujemy,zobaczysz. – Na barowym krzesełku siedziała niska, drobna szatynka z burządredów na głowie; zbyt luźne spodnie i zdecydowanie za duża koszulka wcale jejnie przeszkadzały, tak samo jak paczka papierosów, którą obracała w dłoniach.Zdenerwowanie babci udzielało się i jej, a przecież wszystko zostało zapięte naostatni guzik. Sprawdzone, dopieszczone i sprawdzone jeszcze raz. – Luz, niemasz co się denerwować. Powalisz konkurencję, ja ci to mówię – Lea uśmiechnęłasię szeroko, opierając łokieć na wypucowanym blacie, na dłoni podpierającbrodę.
- Dredzia ma rację. Niech się pani niedenerwuje. Reklamę zrobiłyśmy taką, że hej – Soel pokiwała głową, poprawiającrude sprężynki, które wymykały się z niesfornego koka; obecnie stała za ladą,czekając na pierwszych gości. Tego specjalnego dnia obiecała Hannah pomóc, coby kobieta do reszty nie straciła nerwów. Babcia Lei chciała dobrze zacząć,marzyła, by wszystko poszło jak najlepiej i dlatego się denerwowała.
- Jesteśmy tu z tobą, bliźniaki wszkole też pewnie trzymają kciuki, a nie zapominaj o najważniejszym członkunaszej małej ekipy – szatynka wyszczerzyła się znacząco i skinęła głową wstronę obrotowych drzwi prowadzących na zaplecze.
Hannah w momencie zamilkła, chociażjeszcze przed chwilą chciała coś powiedzieć, a jej policzki przybrały barwę dorodnejpiwonii. Cóż, miała Bena, cukiernika z zawodu, ale w tej sytuacji jej to wcalenie pocieszało. Dobrze się czuła ze świadomością, że ma przy sobie rodzinę imężczyznę, którego kocha, ale nawet to nie mogło jej przekonać, że otwarciecukierni to dobry pomysł. Marudziła gorzej niż wnuczka i dobrze o tymwiedziała. I wcale jej się to nie podobało.
- Jeśli ma to panią pocieszyć, Coleenpowinna zawitać tu pierwsza – ruda poprawiając firmowy fartuszek, ustawiła nabaczność kilka cen babeczek, które przechyliły się niebezpiecznie na bok; to,że Coleen jako pierwsza przekroczy próg tej właśnie cukierni, było tak pewne,jak to, że po nocy nastanie nowy dzień. – Będzie dobrze.
- Czy ktoś tu znowu wątpi w sukces? -Obrotowe drzwi jęknęły, zawiasy skrzypnęły potępieńczo, a z zaplecza wyszedłwysoki mężczyzna, niosąc w rękach chronionych rękawicami brytfannę pełnąpachnących i smakowitych rogalików czekoladowych z różanym nadzieniem. Brunet opowiększających się zakolach, miał pogodną, wesołą twarz; nad nieco orlim nosemna świat patrzyły zielone tęczówki. – Hannah? – Ben spojrzał spod krzaczastychbrwi na kobietę, nerwowo pocierającą dłonie, przewiercając ją swoimnieprzychylnym wzrokiem; oboje jednak wiedzieli, że zabójczy wzrok był tylkoudawany.
- Oczywiście, że ktoś wątpi! Ja! -Hannah nie dała się podejść i szybkim, energicznym krokiem, którego nieprzytępił wiek, podeszła do mężczyzny, pochyliła się nad ladą z drewna izerknęła na jego wypieki; chudziutkie palce złapały jednego rogalika, chcącsprawdzić, czy aby na pewno jest tak smaczny, jak jej luby uważał.
Ben też nie dał się wpędzić w kąt, czypogonić miotłą; pacnął Hannah po palcach, kiedy chciała ukraść mu rogalika, poczym stawiając przed Soel tacę, by wyłożyła słodkie wypieki do koszyczka, cmoknąłBunię Babunię w policzek i z zadowolonym uśmiechem, wrócił do swojegokrólestwa, do kuchni, zostawiając zdziwioną Hannah z rogalikiem w ręku.
- Ha, Ben wymiata! – Lea klasnęła wdłonie, ale w momencie, w którym czyjś cień padł na szklane drzwi, strzegącedzielnie wejścia do cukierni, szatynka zamilkła i schowała papierosy dokieszeni bluzy.
Hannah szybko obejrzała się za siebie,a jej serce zabiło mocniej.
Soel uśmiechnęła się, schowała pustątacę pod ladę i szturchając Hannah w ramię, mruknęła:
- Mamy pierwszego gościa!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz