-Mamo, chodźmy na czekoladę!- Zawołał jedenastoletni chłopiec ciągnąc młodą blondynkę za rękę.
-Tak, mamo, bo nam hormony szaleją!- Potwierdziła jego o rok młodsza siostra wesoło podskakując. Ostatnio przeżywała spóźniony okres używania wszędzie zasłyszanych słów lub wyrażeń, których kompletnie nie rozumiała, ale brzmiały jej zdaniem poważnie.
-No nie wiem, cwaniaki, ostatnio była czekolada…- Odpowiedziała kobieta udając iż mocno zastanawia się nad ich prośbą, choć w rzeczywistości dla nich zrobiłaby wszystko o co tylko poproszą.
-W takim razie może być kawa. Dla mnie duża z bita śmietaną- Odparł momentalnie chłopiec, na co ona wybuchła śmiechem.
-Czekolada, na kawę jesteście za mali.
-Ale czekolada z bitą śmietaną…?- Chciała się upewnić jego siostra.
-Oczywiście, że z bitą śmietaną.- Zapewniła go, w tym samym momencie w którym dzieci zerwały się do biegu, by po chwili znaleźć się w środku pobliskiego Starbucks’s.
Dwa ostatnie lata ustatkowały mocno życie Cassidy. Ta sama dziewczyna, która wtedy wróciła pełna strachu do Nowego Jorku i wzięła pierwszą wolną posadę, jaką znalazła, teraz była managerem Starbucks’a na terenie całego Nowego Jorku. Mieszkała w dużym mieszkaniu na Manhattanie a wakacje spędzała z George’m, swoim mężem, na Lazurowym Wybrzeżu. Gdyby ktoś spytał ją o to małżeństwo, to bez wahania powiedziałaby, że jest już tylko fikcją, podpisanym dokumentem. Ona mieszkała w USA, on we Francji. Ona miała dwójkę dzieci, On o nich marzył. Cass cały swój majątek zbudowała sama, nie chciała pieniędzy rodzinnych. George natomiast wszystko odziedziczył i majątek jedynie pomnażał. Oczywiście, kochała go, ale już nie tak jak dawniej. Nigdy nie obdarzyła go tak wielkim uczuciem jak ojca swych dzieci, ale… Mimo wszystko był dla niej ważny. Choć nie tak.
W tym, co kiedyś łączyło ją i Matthew Sparrow’a było coś magicznego, niezwykłego. Mimo wielu niepowodzeń wciąż się kochali. I tak, to trwało nadal, jednak nie chcieli już odnawiać tego, co było kiedyś. To była piękna historia, dała swój owoc w postaci Hayley, ich córki. Jej starszy brat, Heath, nie był synem Cassidy, ale tak go traktowała. Wychowywała go, gdy był jeszcze niemowlakiem, zaś jego ojciec nigdy nie powiedział mu prawdy o mamie. Teraz oboje dzieci spędzały z Cassie co drugi weekend oraz miesiąc wakacji. One kochały Cassidy, ona zaś kochała je. Takie życie odpowiadało jej. Oczywiście, nie była tak bardzo szczęśliwa jak w latach swojej szalonej młodości, ale wydoroślała. Teraz wiedziała, co jest ważne a co najważniejsze. Umiała pogodzić ze sobą pracę i dzieci, umiała kochać je bezgranicznie oraz mieć dystans do ich ojca. Nie zapomniała o niczym, co było kiedyś. Ilekroć wracała z Francji do Nowego Jorku widziała całe to szczęście, jakie dało jej to miasto. Nie żałowała niczego. Ani tego, że stąd kiedyś wyjechała ani tego, ze powróciła. Każdego kolejnego poranka budziła się, mając w sobie sens życia. Kochała i chciała być kochaną.
So gather up your jackets, move it to the exits
I hope you have found a friend
Closing time
Every new beginning comes from some other
beginning’s end
________________________________
Przepraszam, ale kiepsko ostatnio u mnie z bogatą weną.
Miała Cass odejść, ale nie potrafię się z nią rozstać… A jako że teraz już tkwię w jednym miejscu i chwilowo nigdzie się nie wybieram to Cass zacznie być aktywna jak dawniej.
Proszę tylko o kilka zmian:
zdjęcie, Cassidy McGregory, 30 lat, manager Starbucks’a
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz