Już z korytarza ośrodka dla niewidomych było słychać niezwykłe dźwięki pianina. JJ uśmiechnęła się ciepło, chłonąc każdą nutę. Jak on grał! Każde uderzenie klawisza, każdy akord wykonany był z chirurgiczną precyzją i jednocześnie z delikatnością romantycznego kochanka, pieszczącego ciało swej ukochanej. On był muzyką! Dźwięki, które wydobywał z intrumentu zdawały się przesycać powietrze, chłonąc wszystko na swej drodze, obracając w jedną melodię. Grał Bacha, tak przynajmniej wydawało się Joyce, która przystanęła tuż przed drzwiami i przymknęła powieki, dając się ponieść kunsztowi gry Matta. Tak, był wirtuozem z prawdziwego zdarzenia. Mógł grać klasyki wielkich kompozytorów, ale robił to tak, jakby sam je skomponował. Z polotem, lekkością i jednocześnie niezwykłą techniką, która wprawiała w zdumienie najlepszych nauczycieli w akademii muzycznej. Matthew Perrette miał przed sobą cudowną przyszłość.
- Wejdź, kimkolwiek jesteś. i nie podsłuchuj – z zadumy wyrwał ją męski głos. Słuch Matta było niewiarygodnie wyczulony na każdy, nawet najcichszy dźwięk. JJ otrząsnęła się z muzycznego uniesienia i niepewnie otworzyła drzwi, po czym weszła do środka. Gustownie urządzony pokój, dużo bieli, granatu i wielkie pianino C. Bechsteina w centralnej części pomieszczenia. Przy nim siedział młody, szczupły mężczyzna o krótko przyciętych brązowych włosach, ubrany w błękitną koszulę z krótkim rękawem i ciemnogranatowe dżinsy. Nim Joyce zdążyła się przywitać, chłopak odwrócił głowę w jej kierunku.
- JJ, nie wierzę to Ty? – Spytał, a na jego delikatnej, chłopięcej twarzy zagościł uśmiech. Naprawdę się ucieszył.
- Po czym poznałeś? – Zaśmiała się rudowłosa podchodząc do Matta i mocno wtulając się w jego ciało. Niewidomy odwzajemnił uścisk.
- Po perfumach – odpowiedział. – Wciąż używasz tego samego zapachu. Nikt ze znajomych takiego nie ma. To Twoja wizytówka, mała dziewczynko.
- Jesteś niesamowity. I świetnie wyglądasz – przyznała JJ, burząc palcami włosy Matta. Wciąż odczuwała niepewność, spoglądając w niewidzące oczy mężczyzny. Wątpiła w to, że kiedykolwiek to ulegnie zmianie. Matthew Perrette stracił wzrok wskutek nowotworu mózgu. Od blisko dwóch lat otaczała go ciemność, jednak robił wszystko by utrzymać przy sobie radość życia. Oczywiście przeszedł wszystkie możliwe sposoby załamania nerwowego, tydzień po diagnozie onkologa targnął się na własne życie, połykając garść dziwnych środków medycznych.Tylko dzięki temu, że JJ wróciła wcześniej do mieszkania i zaalarmowała pomoc medyczną, udało się go uratować. Z perspektywy czasu był jej niebywale wdzięczny, ale w początkowej fazie był na nią wściekły. Obwiniał ją o to, że przez nią będzie żył bez jednego z najważniejszych zmysłów. A on tak bardzo chciał umrzeć. JJ spędziła długie dni w szpitalu, starając się go przekonać, że warto żyć. Przecież był młody, silny, zdolny.
Nie, nigdy nie byli parą, ale tamto zdarzenie na zawsze połączyło ich nierozerwalnym łańcuchem. Oboje nauczyli się od siebie wielu rzeczy i nadal chcieli czerpać z własnych doświadczeń jak najwięcej. Dlatego jedną z pierwszych rzeczy, jakie JJ zrobiła po przylocie do Nowego Jorku były odwiedziny u przyjaciela.
- Wybacz, że nie potwierdzę faktu mojej boskiej prezencji, chociaż z tego co wiem, to zawsze byłem przystojny. – Szatyn uśmiechnął się, po czym delikatnie, samymi opuszkami dotknął włosów JJ, potem czoła, konturu twarzy, nosa, ust i szyi. – Też się nieźle trzymasz – stwierdził tonem znawcy i niemal zrzucił ją z kolan. – Ale za to przytyłaś.Cholernie. Nie żryj tyle, dziewczyno!
- Świnia. – JJ pacnęła go z otwartej ręki w potylicę. Lekko, na zasadzie przyjaznej zaczepki.
- Naprawdę, pewne rzeczy się nigdy nie zmienią. Wzrok straciłeś, szkoda że przy okazji nie odcięli Ci języka.
- Dziękuję za to, że porównujesz mnie do rzeczy. Wiesz jak sprawić, żeby facet poczuł się lepiej. – Matthew uniósł brwi i od niechcenia uderzył palcami w klawisze pianina, tak mocno, że JJ wzdrygnęła się lekko. – I generalnie powinienem być obrażony. Jesteś w Nowym Jorku już dwa tygodnie i dopiero teraz łaskawie się zjawiasz – wyrzucił z siebie, ale ton jego głosu był raczej rozbawiony. Nie miał w sobie żadnej nuty urazy czy żalu.
- Mattie, błagam Cię, wiesz ile jest roboty z tym cholernym pubem? – JJ załamała ręce i przystawiła sobie obrotowe krzesło, stojące przy biurku. – Mało, że codziennie któraś z nas, ja albo Jackie musimy tam być, to jeszcze wiecznie coś trzeba kupować, opłacać, wynajmować. Na głowę można dostać z tym pierdolnikiem.Żeby to jeszcze jakieś mocne dochody przynosiło to mogłabym żyły wypruwać, jednak na razie to jest kompletna ruina. Nie wiem co za palant prowadził tę melinę przed nami. Dobra, już nie narzekam. – Ruda zamknęła buzię, widząc jak jej towarzysz przewraca oczami.
- I słusznie. Doceniaj dar losu, moja kochana JJ. – Perrette wygłosił to zdanie tonem własnej matki, idealnie naśladując jej akcent i wymowę każdej głoski.
- Jakbym słyszała mamusię Perrette, czyżby zanadto rozwinęła matczyne skrzydła? – Spytała Jareau, rozsiadając się wygodniej na siedzisku.
- Nic mi nie mów – stanowczo zaznaczył Matt, po czym zagrał kilka akordów „Sonaty Księżycowej” Beethovena. – Skoro już jesteś w mieście to chciałbym Cię o coś poprosić… – Zaczął, zsuwając dłonie z klawiatury i przenosząc je na ręce JJ.
- Cokolwiek. – JJ uśmiechnęła się wesoło, zdawając sobie sprawę, że chłopak tego nie zobaczy. Bolało ją to za każdym razem gdy się widzieli. Nie było ani krzty sprawiedliwości w tym, że dwudziestosześcioletni mężczyzna ledwo uniknął śmierci, ale stracił wzrok. Jego wygrana z chorobą była też porażką. Porażką, która zniweczyła część jego planów i przeniosła dotychczasowe życie do działu „wspomnienia”. Talent do grania pozostał, miłość do muzyki również, ale JJ była pewna, że Matt oddałby wszystko by znów widzieć. Oddałby wszystko, ale jednocześnie był świadom tego, że to się nigdy nie zdarzy. Oboje to wiedzieli, ale żadne tego nie powiedziało na głos.
- Zostaniesz moim świadkiem na ślubie? – Spytał, uśmiechając się szeroko i czekając na reakcję kobiety.
- To chyba jasne, to cudowne! – Radość eksplodowała w ciele JJ. Szczera radość. Matt znalazł kogoś z kim miał dzielić życie. Nareszcie. Po serii mocnych uścisków i całusów, JJ odsunęła szatyna od siebie.
- Dobra, kawa na ławę mój kochany. Co to za pannica ukradła Ci serce? – Spytała wścibskim tonem starej przekupy na targu. Miała prawo wiedzieć, co to za panna. Wiedzieć i jednocześnie dokładnie prześledzić jej postać, charakter i dotychczasowe życie. W tajemnicy oczywiście. Dla dobra Matta. Czuła się zobligowana do tego, by sprawdzić czy jej przyjaciel na pewno będzie szczęśliwy. Nie mogła pozwolić na to, by jakaś wredna małpa go skrzywdziła. Nie teraz, kiedy pogodził się ze swoją sytuacją i zdawał się czerpać z życia tyle, ile mógł.
- Znam ten ton, JJ – Matt zmarszczył czoło. – Tylko nie baw się w detektywa Monka, jasne?
- Taaa – JJ ochoczo przytaknęła, jednocześnie krzyżując palec wskazujący z środkowym w geście mającym znaczyć ‘terefere”. Na jej szczęście Matt nie mógł tego zobaczyć.
- I tak Ci nie wierzę, wredności Ty. – Perrette machnął ręką. Wiedział, że i tak jej nie przekona. – Oszczędzę Ci wyszukiwania. Annabeth Jones, lat dwadzieścia pięć, mieszka piętro niżej. Z tego co mogę stwierdzić dotykowo, to całkiem niezła.
- Zbok, tylko seks Ci w głowie.
- Nie czepiaj się, jasne?
- Stwierdzam fakt, nie czepiam się. To zasadnicza różnica – sprostowała rudowłosa, poprawiając bransoletkę na lewym nadgarstku.
- Zwał jak zwał, u Ciebie to na jedno wychodzi. Teraz Beth jest u swoich rodziców w Luizjanie, ale jak tylko wróci to Was poznam – zapewnił Matt, pocierając dłonią kark.
- Liczę na to.
JJ zamilkła na chwilę. Przed chwilą uświadomiła sobie, że wpadł jej do głowy ciekawy pomysł. Właściwie powinna go skonsultować z Jackie, ale ta na pewno nie miałaby nic przeciwko. Ba, pewnie nawet by jej ochoczo przyklasnęła.
- Masz wolne wtorki? – Spytała.
- Mogę mieć, a co? – Matthew zrobił minę, która wyrażała zainteresowanie.
- To świetnie. Grasz w pubie. Dziękuję, że się zgadzasz.
- A mam coś do powiedzenia? – Chłopak parsknął śmiechem.
- Jeśli mam być szczera, to nie.
- Tak myślałem…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz