piątek, 28 października 2011

|1838| Łamiąc własne postanowienia

     *mjuziczka*
     - Przy telefonie – głos drobnej, coraz to chudszej blondynki odbił się echem w pustym, dużym pomieszczeniu, które miała przystosować do roli salonu. Eleganckiego, nowoczesnego, ale przede wszystkim minimalistycznego.  Miała… Jak to określali klienci – talent i pewną lekkość, pewność siebie w tym co robiła. Może nie darzyła dekoratorstwa taką miłość, jaką pracę w teatrze, ale uwielbiała uszczęśliwiać ludzi. Od zawsze i na zawsze, na pierwszym miejscu stawiała innych. Najpierw dbała o potrzeby innych, a potem – jeśli nadchodziła taka potrzeba – zajmowała się samą sobą. Może właśnie dlatego potrzebowała kogoś, kto otoczyłby ją opieką i pozwolił całkowicie oddać się pomaganiu innym. Fakt, że za swoje usługi brała pieniądze, był nieznaczący. Musiała to robić, aby przeżyć i chyba większość to rozumiała. Większość ludzi, która znała Siennę Wright doskonale wiedziała, że mogłaby robić to wszystko za darmo. 
     Chciała być dobra i wiecznie uśmiechnięta, ale nierzadko ktoś stawał jej na drodze. Na drodze do szczęścia, o które walczyła od dziecka, odkąd jej ojciec niby zginął, ale nie zginął. Odkąd jej matka ześwirowała i popadła w głęboką depresję, odkąd poślubiła innego mężczyznę, odkąd jej przyszywany brat został ćpunem. Już wtedy odsuwała swoje potrzeby na drugi plan. Liczyli się oni. Liczyła się matka, niegdyś najlepsza przyjaciółka. Liczył się Seth, liczył Isaac, którego w końcu wypuścili z zakładu karnego. Z Sing-Sing. Do tej pory, Sienna pamiętała list od biologicznego ojca, w którym ten napisał, aby pamiętała o innych, bo to nie ona jest najważniejsza.
      Mylił się. Sienna była równie ważna, co osoby, nad którymi sprawowała opiekę, mimo swojego wieku. Pewnego razu po prostu się od nich odcięła, przestając interesować się życiem swojej rodziny, a kiedy mijała ich przypadkowo na ulicy, uciekała, odcinąła się i udawała ślepą, głuchą i bez języka. Dopiero teraz, kiedy minęły dwa lata, zaczęła tego żałować i zaczęła tęsknić.
      – Tak, mogę przyjść za tydzień. Nie, nie ma problemu ze zmianą terminu i wpłatą pierwszej raty. Dobrze, rozumiem. Naprawdę, proszę się nie martwić, pani Jameson. Do widzenia – z uśmiechem, który nieświadomie wymalował się na jej ustach, pożegnała się z młodą klientką, która urządzała mieszkanie, do którego miała wprowadzić się tuż po ślubie, który zbliżał się nieuchronnie. Uwielbiała Danę Jameson. Dana była kobietą, która miała gdzieś potrzeby innych. Liczyła się tylko ona, a gdzieś tam, przez przypadek była w  stanie pomóc innym. Może dlatego była szcześliwa, wiecznie uśmiechnięta i taka… Beztroska. O to w tym wszystkim chodziło. Siennie brakowało beztroski, a kiedy sobie na nią pozwalała, wynikały z tego same nieprzyjemności. Zawsze musiała być odpowiedzialna i zawsze musiała mieć wszystko zapięte na ostatni guzik.
      Nowy Jork. Miasto, w którym żyły miliony ludzi, gdzie tysiące tysięcy były niezadowolone, zawsze poganiane, a reszta miała to szczęście, że wiodła przyjemne życie w penthousach. Duża liczba ludzi z pozoru wydawała się szczęśliwa, przepełniona jakimś optymizmem, ale wystarczyło zagłębić się trochę głębiej w życiorys danej osoby i zauważało się rysę. Rysę, która przekreślała wszystko. Tu komornik, tam choroba bliskiej osoby, gdzie indziej jeszcze masa obowiązków, brak pieniędzy na jedzenie, stare podarte ciuchy.  Istnieli ludzie, którzy obwieszczali całemu światu, jak to im źle, ale byli też tacy, którzy siedzieli cicho i z zaciśniętymi zębami, stawiali czoła życiu. Z różnymi wynikami. Ale kiedy sędzia ogłosił jeden-zero dla ciebie, wygrałeś – wszystko się zmieniało. Nowe siły napełniały zwiotczałe i zmęczone ciało jednostki, która była w stanie wygrać kolejną rundę. 
      Sienna codziennie rano, wychodziła do parku ze swoją Bezą i obserwowała ludzi, a potem wszystko zapisywała. Może coś tworzyła, a może po prostu zastanawiała się dlaczego jest, jak jest. Niby była szczęśliwa, niby miała przyjaciół z dawnych czasów. Właśnie, z dawnych. Odkąd pochłonęła ją praca, odkąd nie miała siły wychodzić wieczorami do klubów, czy chociażby spotykać się z nimi, czuła się samotna. Było jej przykro, że nie miała czasu, aby zadzwonić i zapytać, jak się życie układa najlepszej przyjaciółce, a jeśli dzwoniła, natrafiała na automatyczną sekretarkę, lub dowiadywała się, że taki numer nie istnieje. Wszyscy poddawali się prędkości życia, wszyscy coś zmieniali, bo trudno było po prostu zostać sobą i na dłuższy czas zatrzymać się w jednym miejscu.
    Może to ona powinna znowu coś zmienić w swoim życiu. Może powinna dać szanse ludziom, których już skreśliła? Tak, to była myśl. Ale bała się tego, jak te osoby zareagują, jak się poczują, kiedy ją zobaczą. Bała się tego, jak ona się poczuje, kiedy zauważy w ich spojrzenia wyrzuty i ból. Przecież sama się od nich odsunęła, wyraźnie dając im do zrozumienia, że nie chce ich znać. Nie miała prawa robić z siebie ofiary.
     Zadbana, nowojorska kamienica, a przed nią niewysoka blondynka. Szczupła, a może raczej chuda, co jeszcze bardziej podkreslał dopasowany, niebieski dwurzędowy płąszczyk z mocno zaciśniętym paskiem w talii. Dłonie wsunęła do kieszeni, zadzierając głowę ku górze, aby przyjrzeć się pięciopiętrowemu budynkowi. Takich kamienic w mieście było dużo, każda podobna, niekiedy identyczna pod względem zewnętrznym, ale odróżniały się poprzez swoich mieszkańców. Sienna oprowadzała ludzi po mieszkaniach, musiała umieć je zaprezentować, wiedziała co powiedzieć, ale teraz, kiedy miała odwiedzić rodzinę, czuła niepewność, niezbyt przyjemną niewidzialną dłoń, która zaciskała się na jej wnętrznościach. Pobladła, ale ze stukotem swoich wysokich obcasów, wkroczyła na klatkę schodową, wchodząc na trzecie piętro. 
     Pierwszy i drugi krok miała za sobą. Dowiedziała się, gdzie mieszka Abigail, Isaac i Seth. A teraz stała pod ich drzwiami, czyli etap drugi. Musiała zapukać, ktoś musiał jej otworzyć i ją powitać, aby zaliczyć krok trzeci. Tego obawiała się najbardziej, jakby od tego zależało całe jej życie. Koścista dłoń, zaciśnięta w pięść uderzyła kilkukrotnie w drzwi, a sama Sienna miała wrażenie, że robi to mechanicznie, że nie panuje nad swoimi odruchami. Usłyszała, jak ktoś odsuwa krzesło i czyjeś podniesione głosy. Spojrzała za siebie, na strome, kręte schody, będąc gotową, po prostu uciec.
     - Abigail, otwórz – swiwowłosy mężczyzna siedział przy stole, konsumuując drugie danie wystawnego obiadu z okazji urodzin swojego syna. Sam zainteresowany, mieszał widelecem w talerzu, wzruszając lekko ramionami, za każdym razem, kiedy ktoś coś do niego powiedział. Seth Wright, dwudziestosiedmioletni mężczyzna dopiero co opuścił odwyk i potrzebował najlepszej przyjaciółki, którą niegdyś była młodsza siostra. Nie rozumiał swojego ojca, który nigdy też nie rozumiał jego, a Abigail? Może otrząsnęła się z depresji i funkcjonowała w miarę normalnie, ale nie była… Nie, to raczej on nie był małym dzieckiem, które mogłaby otoczyć opieką. Teraz jej życie toczyło się w okół Isaaca, tylko i wyłącznie. Robiła wszystko to, co jej kazał. Nie było nikogo, kto stanąłby w jej obronie. Wszyscy, od ponad roku odczuwali brak Sienny. Każdy z tej trójki jakoś na niej polegał i na nią liczył.
     Abigail posłuchała. Wstała od stołu, krzyżując na talerzu sztućce i odsunęła głośno krzesło, uśmiechając się pogodnie. Lubiłą gości, a odkąd otworzyła się na ludzi, miewali ich często. Wpadały sąsiadki, znajome z jej pracy. Właściwie, tylko wtedy mogła żyć własnym życiem i cieszyć się takimi błahostkami. Wytarła jeszcze dłonie i poprawiając swoje włosy, zafarbowane na czarno, ruszyła do drzwi. Gdyby Abigail w tej chwili trzymała coś w dłoniach, to coś na pewno upadłoby na podłogę, a jeśli byłoby szklane, na pewno by się potkłukło i to w niesłychanym slow motion. Usta kobiety w średnim wieku rozchyliły się, a ciemne oczy otworzyły szeroko, nie mogąc uwierzyć temu, co widzą.
     - Sien… 
     Blondynka na pewno nie spodziewała się tego, że otworzy matka. W gruncie rzeczy, właśnie tego najbardziej się obawiałą, bo to ją opuściła w chwili, gdy ta potrzebowała jej najbardziej. Nie spodziewała się też tego, że twarz zmęczonej Abigail rozjaśni tak promienny uśmiech, który już dawno na ustach rodzicielki panny Wright nie gościł. Łzy napłynęły do oczu obu kobietom. Żadna z nich nie potrzebowała słów. Sienna wiedziała, że matka jej wybaczyła i odwrotnie. Blondynka wtuliła się w ramiona matki i zaczęła płakać. Musiała to zrobić, a z każdą kolejną łzą, robiło jej się lżej. Była pewna, że teraz zniesie wszystko, że zwojuje cały świat, skoro tuż obok siebie ma Abigail. 
     Siedzący w jadalni mężczyźni nie słyszeli żadnych słów, ale potem do ich uszu dobiegły odgłosy tłumionego przez materiał ciuchów płaczu. Seth zerwał się z krzesła, jakby nie było zawsze kochał Abigail, jako swoją macochę i zawsze ją szanował. Już chciał powiedzieć, ale właśnie wtedy Si odsunęła się od matki i jej brat mógł ujrzeć zapłakane, wytęsknione oblicze. Nie rozumiał, jakie dziwne uczucia właśnie się w nim obudziły, ale odetchnął z niewypowiadalną ulgą i przetarł silnymi dłońmi oczy, osuwając się po pobliskiej ścianie. Co prawda, reakcja nie należała do najnormalniejszych, ale nie liczył na to, że siostra rzuci mu się w ramiona. Zbyt wiele razy ją krzywdził, nawet jeśli robił to nieświadomie. Musiał ochłonąć.
    Tuż za Sethem, do przedpokoju wszedł Isaac, a jego ponure do tej pory oblicze rozpromienił uśmiech. To Sienna jako jedyna odwiedzała go w Sing-Sing, informując o stanie swojej matki, a jego żony i syna. Było źle. Abigail cierpiała na głęboką depresję, Seth wciągnął się niebezpiecznie w narkotyki i Sienna, mająca silne poczucie obowiązku, została sama. Zupełnie sama. Potem, kiedy wszystko zaczęło wracać do normy, odcięła się od nich. Skazując się na samotność względem nich. Dopiero teraz, po dwóch latach, mimo tego, że mieszkali w tym samym mieście – niestety Isaac, jak i pozostała dwójka, nie miał pojęcia o tym, że Sienna studiowała – odnaleźli się. 
     - Witaj z powrotem – Isaac, jako głowa rodziny, wygłosił kwestię, której Sienna potrzebowała, aby poczuć się wśród nich, jak w domu, jak przy bliskich osobach. Zawiniła, odpokutowała i teraz mogła spokojnie wrócić do starego życia, a przynajmniej do jego najlepszej części. Rodziny. 
     Wiadomo, rodzina nie zawsze była idealna. Czasami tylko dobrze wychodziło się z nią na zdjęciu, ale były przypadki takie, jak ten. Siennie od razu łatwiej się oddychało, kiedy wiedziała, że ma kogoś przy sobie, że ten ktoś się nią zajmie w razie potrzeby. Wiedziała, że teraz wystarczy zaryzykować i odwiedzić przyjaciół. Nie mogła się tego bać. Wspomnienia były zbyt piękne.
Odautorsko:
Yaaaay! Tęskniłam, ale naprawdę nic lepszego nie mogłam napisać. Ta notka jest pierwszą po długim okresie pisania samych KP, a zauważyłam, że to wypala. Mam nadzieję, że kolejną będzie pisało mi się lżej i będzie troszku dłuższa, bo ta mnie nie zachwyca. Nie czytałam jej drugi raz – jeszcze – dlatego za wszelkie literówki przepraszam, co by nie było.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz