sobota, 29 października 2011

1839. „Witaj znów miasto, które nigdy nie zasypia.”

Pamiętam, że gdy byłam nastolatką jak mantrępowtarzałam, że szczęście nie istnieje lub ewentualnie nie jest przeznaczoneosobom takim jak ja, a później przyleciałam do Nowego Jorku. Niby zwyczajnametropolia, a jednak dla mnie znaczyła okropnie wiele. Spędziłam tam czterywspaniałe lata, w ciągu których zaznałam całej gamy uczuć tak wielobarwnych jaksama tęcza. Był tam gniew i nienawiść niszczycielskie jak ogień czy woda, atakże miłość, radość i nadzieja, które doprowadziły mnie dziś do tego miejsca,w którym się obecnie znajduję. Staję przed wami bogatsza o nowe doświadczenia,z większym bagażem, który dzielnie za sobą ciągnę u boku najwspanialszegomężczyzny, jakiego kiedykolwiek poznałam. Pamiętacie go? To Charlie – mój syn. Przeżyłam burzliwy okres swojego życia, dostałam tak wiele miłości, żemogłabym nią obdarować połowę ludzkości, a jednak coś się skończyło. Niepowiem, że nie było w tym mojej winy, bo prawdopodobnie w stu procentach byłobyto kłamstwo, ale nie potrafię teraz rozwodzić się nad tym i płakać nadniespełnionymi marzeniami. Przywykłam już dawno do tego, że choć jestemksiężniczką mojej bajki, to przecież nie każda bajka nadaje się do opowiedzeniadzieciom, coś o tym wiem. Charlie jest szczęśliwy, a przynajmniej sprawiawrażenie szczęśliwego. Nie zabraniam mu widywania się z ojcem, przecież Charlesgo potrzebuje, staram się być wyrozumiała, ale przecież mnie znacie – jestemtylko człowiekiem. To ja Amrei, jestem złośliwa, uparta i dziecinna, ale takąmnie pokochaliście i taka do was wracam.

Pięciolatek stojący na płycie lotniska JFK rozglądałsię uważnie dookoła, jakby usiłował wyłapać gdzieś w tłumie ludzi znajomątwarz. Był jednak na tyle rozsądny, aby nie ruszyć się z miejsca, było tojednak efektem wpływu ojca niżeli matki chłopca, która aktualnie bardziejprzerażona niż dziecko patrzyła przed siebie ściskając dłoń swego małegomężczyzny.

 - Spójrz na to z innej strony – zauważył małyrezolutnie – Będziemy bliżej dziadków i cioci, i taty, i wszystkich – posłałjej ten swój półuśmiech, a blondynka w tej chwili kolejny raz zostałautwierdzona w przekonaniu, iż w tym maluchu jej geny zostały zdominowane przezgeny jego ojca. Westchnęła teatralnie i ruszyła powoli w tylko sobie znanymkierunku. Kiedy rok temu opuszczała to miasto, była pewna, że już nigdy tutajnie wróci, jednak splot wielu wydarzeń ostatniego roku sprawił, iż znów siętutaj znalazła.

 - Mógłbyś chociaż udawać, że nie jesteś małymgeniuszem? – zapytała w pewnym momencie młoda kobieta, ściskając lekko dłońdziecka, na co mały uniósł na nią pytające spojrzenie. – Jeszcze ktoś tozauważy i mi Cię zabiorą i co ja wtedy zrobię? – roześmiała się, porywającmalca w ramiona, chociaż prawdę mówiąc taki mały to on już nie był od dawna,dlatego też po chwili odstawiła śmiejącego się Charliego na ziemię i ruszyła poich bagaże.

Brunet podreptał za nią kręcąc z dezaprobatą głową.

 - Nie oddałabyś mnie – oświadczył pewnym tonem.

 - Pewnie, że nie – odpowiedziała Amreiodwracając się przez ramię, by czule spojrzeć na synka. – Jesteś mój i nikt miCię nie odbierze – ukucnęła obok niego i pocałowała delikatnie czubek jegonoska.

 - A tata?

Amrei wzdrygnęła się na samą myśl. Szansa na to, żewygrałaby z byłym mężem walkę o dziecko była znikoma, nawet biorąc pod uwagęfakt iż sąd zazwyczaj przychylał się ku przekazaniu opieki matce. Jej dochodynie miały być zbyt wielkie, zważywszy na fakt posady nauczycielki, nie miałanawet własnego mieszkania. Znała jednak Nicholasa i wiedziała, że tego by niezrobił. Nie odebrałby jej dziecka.

 - Nawet on – przyznała po chwili namysłu iuśmiechnęła się do malca, po czym podniosła się, a jej spojrzenie zatrzymałosię na stojącym nieopodal mężczyźnie. Zdusiła jednak w sobie chęć rzucenia sięw jego kierunku by go uściskać i wycałować, zamiast tego uśmiechnęła sięjedynie smutnie i zwróciła na niego uwagę syna. – O wilku mowa – nic więcej niemusiała dodawać. Charles, który jeszcze przed chwilą tarmosił brzeg swojejkurtki właśnie biegł w stronę ojca krzycząc z radości. Coś zakłuło ją w serce,ale nic nie mówiła. Przecież mieli prawo spędzić ze sobą trochę czasu. Widząc,że obaj powoli zbliżają się w jej kierunku szybko zajęła się zbieraniem bagaży,musiała się czymś zająć żeby nie dopuścić do siebie napływu wspomnień.

 - Witaj – usłyszała ten głos i zamarła. Przygryzłalekko dolną wargę i odpowiedziała cicho, zerkając na niego przelotnie. Widziałato spojrzenie, widziała też chęć rozmowy, ale chyba za bardzo się bała tego, comoże usłyszeć. Nadal była cholernie tchórzliwa. – Zatrzymacie się u Melanie? –on nie poddawał się zbyt szybko, nadal próbował do niej dotrzeć, uzyskaćjakikolwiek kontakt, cokolwiek.

 - Tak, na jakiś czas – odezwała się w końcu,zaszczycając go spojrzeniem swych niebieskich oczu. – Później znajdę cośinnego… – co z tego, że naszego domu nic nie zastąpi. – Przywieź go przedkolacją – poprosiła i przysunęła się bliżej nich. W pierwszej chwili wyglądałoto tak, jak gdyby miała ochotę go pocałować, jednak przesunęła się raczej wstronę syna.

 - Bądź grzeczny i pozdr… – zacięła się wpołowie zdania, dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, iż pewnie cała jegorodzina nienawidzi jej obecnie za to co zrobiła i z ich małżeństwem, za to, żezabrała Charliego na rok do Europy i nie dawała im nadziei na to, żekiedykolwiek tu wrócą. – Po prostu bądź grzeczny – pogłaskała go po główce iostatni raz spojrzała na Nicka. – Przepraszam – po tym oddaliła się w stronębagaży, które zabrała ze sobą kierując się do postoju taksówek. Chyba nikt miałsię nigdy nie dowiedzieć, co chciała powiedzieć przez to głupie przepraszam,prawdopodobnie ona sama tego nie wiedziała. Wsiadła do jednej z żółtychtaksówek stojących przed lotniskiem i udała się w stronę jedynego miejsca,które nie wywoływało napływu różnorakich i nie koniecznie pozytywnych wspomnień– do New York College.

Co z tego, że padał deszcz, a przechodzący ulicamiludzie patrzyli na nią jak na ostatnią idiotkę, co z tego, że siedziała nakamiennych schodach z kilkoma ogromnymi walizkami, czując jak woda moczy jejubranie, co z tego, że się rozchoruje? Wróciła do miejsca, które kiedyś nazwałaswoim domem, do miejsca, w którym odnalazła resztę puzzli swej układanki.Witaj znów Nowy Jorku! Miasto, które nigdy nie zasypia.





Amrei Ray; 25 lat

nauczycielka muzyki w szkole podstawowej

&

Charles Benjamin Jonas; 5 lat



[ Nie spodziewałam się, że kiedyś wrócę, choćwłaściwie nigdy nie odeszłam, przynajmniej nie tak oficjalnie. Cały czas byłamgdzieś obok, chociaż nie koniecznie fizycznie, ale zwykle duchem. Wiem, żenotka również nie jest jakiejś szczególnej jakości, ale nie od razu Krakówzbudowano, nie? ;) ]

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz