Podobno miarą szczęścia dla każdego z nas jest coś zupełnie innego. Jedni odnajdują je w bogactwie, inni w literaturze, jeszcze dla innych to muzyka, niektórzy zostają złapani w sidła miłości i już nie potrafią się z nich wyrwać. Jeśli chodzi o mnie, to chyba błądziłam przez większość swojego jestestwa próbując odnaleźć szczęście w każdym możliwym zakamarku mojego życia, poczynając od muzyki, przez kosztowne prezenty, a na miłości kończąc. I wszystko to jak najbardziej spełniało swoje cele, ale zawsze w wybrakowany sposób. Na muzyce, tak jak i ludziach nie było można polegać. Im bardziej się w coś zagłębiałeś wtedy dostrzegałeś całą ułudę wokół rzeczy, osób, które niegdyś stanowiły fundament twojego istnienia. Gorzką refleksją w tym wszystkim jest czas jaki zajęło mi odnalezienie w końcu prawdziwej radości w moim życiu, chociaż przez tak długo była przy mnie, wspierała w trudnych momentach, mobilizowała do walki, wywoływała uśmiech na twarzy… Musiały minąć lata nim w pełni odnalazłam się w roli matki, a macierzyństwo okazało się najwspanialszym darem jaki zesłał mi los. Bo ten wymiar szczęścia był tak niesłychanie czysty, prosty, banalny, a jednocześnie tak magiczny, tak… wspaniały. Nie potrafię już sobie wyobrazić dnia bez roześmianych buzi dwójki moich kochanych szkrabów, chwil gdy wspólnie rządzimy w kuchni, gdy razem spędzamy czas. Każda chwila jest niezwykła, na swój osobliwy sposób.
I chociaż może trudno w to uwierzyć, zwłaszcza, gdy słowa te słyszy się od samotnej matki, ale muszę przyznać, że w moim życiu nie brakuje niczego. Jest w nim wszystko to co wymieniłam wcześniej, wszelkie bliskie mi rzeczy od początku moich poszukiwań sensu życia- muzyka, dobrze płatna praca, możliwość kupowania wymarzonych ubrań, ale żadna z nich nie miałaby wartości gdyby nie Andrew i Sun. Bez nich mój świat byłby po prostu bury, a ja żyłabym dalej w przekonaniu, iż „Ludzie zawsze odchodzą…”. Z mężczyznami w moim życiu zawsze było różnie, tak jak i z muzyką- raz śpiewałam, raz się nią zajmowałam, kiedy indziej miałam jej dość, a dzieci… cóż jest ciężko, męcząco, ale to niewielkie poświecenie w porównaniu do owoców jakie daje przebywanie z nimi. Dzięki nim wiem, że mam dla kogo się śmiać, dla kogo śpiewać, tworzyć, pracować; wiem, że życie może być barwną tęczą, a z optymizmem łatwiej jest przez nie kroczyć. Dzięki tym dwóm małym, ukochanym istotom odnalazłam dawno utracony sens mojego życia i jego niegdysiejszą puentę. Moje własne dzieci pozwoliły mi odnaleźć to co zgubiłam bardzo dawno temu.
Na szczęście jednak nie bezpowrotnie.
***
Życie w Seulu toczyło się w zdecydowanie spokojniejszy sposób niż miało to miejsce w Nowym Jorku, choć mogło to brzmieć co najmniej dziwacznie. Nie chodziło tu o różnice kulturowe, czy pewne cechy społeczeństwa, raczej brak przeszłości pozwalał bardziej skupić się na teraźniejszości, a tym samym April na nowo mogła powrócić do swojej optymistycznej odsłony, o której istnieniu dawno zapomniała. Chociaż oczywiście początki jawiły się dość przerażająco, to szybko okazało się, iż mając szansę nakreślenia swojego życia na nowo, nie bacząc na wydarzenia z przeszłości, na ludzi, którzy w jakiś sposób kreowali również i ciebie, miałeś możliwość wkroczenia na nową ścieżkę, która nie musiała być już tak wyboista jak poprzednia, a w dodatku zmierzałeś w zupełnie innym celu.
Tutaj każdy dzień był wyjątkowy, chociaż nie musiał specjalnie różnić się od poprzedniego. Każdego ranka April budził ten sam irytujący dźwięk nieumiejętnego uderzania w klawisze, który stanowił najdoskonalszą z możliwych form pobudki, dając jej znać, iż pora przygotować się do pracy, obudzić dzieci, zrobić śniadanie, zawieźć je do przedszkola, spędzić określoną liczbę godzin w pracy, pójść odebrać dzieci, spędzić z nimi wieczór… Każdy dzień tygodnia wyglądał niemal identycznie, ale ten schemat dnia April kochała. Uwielbiała chwile, gdy wychodziła z pracy i szła odbierać dzieci z uśmiechem na ustach, gdy rozanielona Sun zarzucała jej swoje małe rączki na szyję, a Andrew całował ją przelotnie w policzek by móc gonić swoich kolegów podczas kolejnej zabawy, której sam był twórcą. Uwielbiała te dziwaczne sytuacje, gdy musiała gonić dzieci po parku w swoich niebotycznych szpilkach, chociaż ludzie rzucali jej pogardliwe spojrzenia. Wspaniałe były również momenty wspólnych zakupów, gotowania, wychodzenia z domu, gdy robiła makijaż w pięć minut, a mimo to mogła liczyć na pochlebstwa ze strony kolegów z pracy. Wszystko to, a nawet więcej składało się na obraz życia, o jakim skrycie marzyła chyba od zawsze, może tylko nie do końca tego świadoma. Miała wymarzoną rodzinę, dzieci które kochała, które dawały jej radość, nigdy nie pozwalały się nudzić, i w żaden sposób nie przeszkadzało jej bycie samotną matką. Naprawdę tak wiodło im się najlepiej. W dodatku miała posadę, która również pozwalała jej się spełniać w tym co kochała- muzyce. Dla niej nic mogłoby się już nie zmieniać. W tak idyllicznym życiu, pełnym szczęścia, spokoju i bezpieczeństwa, pragnęła trwać wiecznie.
Ale nic nigdy nie toczy się po naszej myśli.
***
- Mamo, pani w szkole mówiła, że…- odwracając na moment wzrok od niemal nietkniętego obiadu, który stał tuż naprzeciw niej, spojrzała na synka, który z wyraźnym przejęciem streszczał jej swój dzisiejszy dzień w przedszkolu, ale zupełnie nie potrafiła skopić się na słowach przez niego wypowiadanych. Kompletnie nie była w stanie się skupić na czymkolwiek, tak jakby wszystko toczyło się innym świecie, gdzieś daleko, daleko od niej, podczas gdy ona została tutaj- w rzeczywistości musząc podjąć decyzję odnoszącą się nie tylko jej dalszego losu, ale również i jej dzieci.
- Mamo…- Sun zaczęła ciągnąć ją za łokieć widocznie również dopominając się o uwagę, a ona nie potrafiła skupić uwagi na żadnym ze swoich dzieci. W napływie przerażenia tą bezsilnością jej szmaragdowe tęczówki delikatnie się zaszkliły, a ona spojrzała na córkę beznamiętnym wzrokiem.
- Słucham?- postarała się uśmiechnąć, aby przypadkiem nie wprowadzać niepokoju do życia tych dwóch małych istot, ale najwyraźniej kiepsko jej to wychodziło, bo Andrew z impetem położył łyżkę na stole, zeskakując ze swojego miejsca, by znaleźć się obok siostry i zadręczać rodzicielkę niezadowolonym, pełnym domysłu wzrokiem.
- To przez wujka, prawda?- mała dziewczynka wyrzuciła swoją domniemaną teorię na temat zachowania matki zupełnie swobodnie podczas gdy wspinała się na kolana matki, kiedy brat spojrzał na nią karcącym spojrzeniem, kręcąc z dezaprobatą głową.
- Głupia, przecież mieliśmy nic nie mówić!
- Andrew jak się zwracasz do siostry!- April zmarszczyła z niezadowoleniem brwi przytulając do siebie Sun, która chyba zdążyła się już uodpornić na wybuchowy temperament brata i różnego rodzaju przymiotniki rzucane w jej stronę.
- Przepraszam, ale mieliśmy nie mówić. Teraz nici z naszej wycieczki do Disneylandu!- zirytowany nachmurzył się i w ramach większej ekspresji własnego niezadowolenia założył ręce na piersi.
- Andrew, o czym ty w ogóle mówisz?… Nic mi nie wiadomo o żadnym Disneylandzie…
- Wujek obiecał…- wtrąciła Sun zadzierając główkę do góry, by móc spojrzeć na rodzicielkę.- Jak dzwonił, to,to obiecał, że nas zabierze jak już przyjedziemy…
April spojrzała po dwójce swoich dzieci z lekkim niedowierzaniem po czym najzwyczajniej w świecie roześmiała się. To niesamowite, jak bardzo pokręconych ma przyjaciół, a zarazem jak łaskawy jest dla niej los, który ułatwia jej podjecie decyzji. Tylko, czy aby na pewno to dobre rozwiązanie?
- Rozumiem, że wujek Jack obiecał wam wycieczkę do Disneylandu jeśli przyjedziemy do Nowego Jorku?…- pokręciła z rozbawieniem głową, gdy dwójka jej dzieci zgodnie przytaknęła.- Ale wiecie, że to nie byłaby taka wycieczka, że…
- Wujek Jack nam wszystko powiedział. I kazał nam być dla ciebie bardzo, bardzo dobrymi. Podobno to dla ciebie ważne.- Andrew ostatecznie opuścił ręce i westchnął ciężko wlepiając uważne spojrzenie w rodzicielkę.- Umma, to prawda?
- Cóż, ja…- nabrała powietrza, ale nie potrafiła w żaden sposób sklecić inteligentnego zdania, nic co mogłoby wyjawić faktyczny powód jej rozważań nad powrotem do NYC. Wydawało jej się, że chęć założenia tam wytwórni w miejscu o którym marzyła od kiedy tylko skończyła 4 lata, nie jest dostatecznie dobrym argumentem. W końcu tutaj dorastały jej dzieci, tutaj mają przyjaciół, szkołę… O ile Andrew nigdy nie miał problemów z poznawaniem nowych ludzi, to Sun wciąż była raczej nieśmiała, chociaż mówiła już bez problemów…- Andrew naprawdę nie wiem czy to dobry pomysł…
- Ale proszę… My tak chcemy…
- Ale to nie kolejna wycieczka, Andrew. Musielibyśmy się przenieść, zacząć wszystko od początku…- westchnęła ciężko spoglądając na synka pełnym obaw wzrokiem.- To nie jest takie łatwe…
- Mówiłaś, że jak się czegoś naprawdę chce, to wszystko jest łatwe.- zauważył chłopczyk podchodząc bliżej mamy, by objąć ją w pasie i się przytulić. Chociaż nie był zbytnim fanem czułości, wiedział jednak, że to jedna z najlepszych taktyk jak skłonić do czegoś rodzicielkę.- Poza tym byłoby nam tam łatwiej. Byliby wujkowie i… wszyscy. Poza tym trzeba być nastawionym na nowe doświadczenia, tak mówiła pani dzisiaj w szkole. I… i w sumie tam jest Disneyland. Mamo, mamo, zgódź się!
Zaśmiała się pod nosem przytulając oboje jak najmocniej.
- Nie duś!- jęknął Andrew zaraz wyrywając się z uścisku matki.- To jak?
- Zastanowię się.
- Robisz to od tygodnia!
- Andrew!
- Mamo, zgódź się…- Sun spojrzała na nią błagalnie swoimi dużymi, czarnymi oczami i April czuła jak serce mięknie jej coraz bardziej. Naprawdę była chyba zbyt łagodną i ustępliwą matką.
- No dobrze…
- To znaczy, że się zgadzasz? Że jedziemy?- nagle poziom ekscytacji w glosie chłopca wzrósł.
- Tak.
- Łiiii!
W kuchni rozbrzmiał donośny, radosny krzyk dwójki maluchów, pomieszany z wesołym śmiechem ich matki. W końcu czasami w życiu trzeba było zaryzykować, poszukać szczęścia i sensu życia gdzie indziej, albo raczej wrócić tam, gdzie byli ludzie, którzy pomagali ci przez cały ten czas, którzy zawsze byli przy tobie.
Ale czy nadal są?
***
Stary magazyn na obrzeżach Manhattanu nieopodal Mostu Brooklyńskiego prezentował się całkiem nie najgorzej, szczerze mówiąc zdecydowanie lepiej niż obraz jaki przez cały ten czas tkwił w głowie April. Cegła wcale nie była tak szara, jak pamiętała ją pani Davis, w zasadzie wciąż bila od niej charakterystyczna czerwień, wyłącznie odrobinę zakurzona, co nadawało jej tego specyficznego majestatu bycia „miastową”. Ktoś powstawiał szyby w miejsca pustych szczelin zionących lodowatym powietrzem, choć ciężko by było nazwać to pracą solidną, gotową przetrzymać wiele; drzwi także nadawały się jeszcze do użytku i na gwałt nie należało zmieniać zamka, ani inwestować w nowe. Choć gruntowny remont oczywiście by się przydał. Tylko kto zrobi to wszystko? I czy starczy funduszy?
Stojąc przed niedawno zakupionym lokalem, April dokładnie lustrowała swój nowy nabytek, wciąż niepewna czy aby faktycznie dokonała korzystnej transakcji. Niby dostała wymarzoną zabawkę, ale ile wymaga ona zaangażowania, miłości i przede wszystkim czasu. To nie była nowa sukienka, spodnie, czy buty, tylko coś znacznie większego, coś co wymagało od niej bycia odpowiedzialną, a bała się, że nie sprosta wszystkiemu. Opieka nad dziećmi, uporządkowanie dawnych spraw w NY i teraz jeszcze rozkręcenie własnego biznesu. Bo przecież renowacja miejsca jej przyszłej wytwórni to nie wszystko. To zaledwie początek długiej drogi do sukcesu. Ale czy nie o tym właśnie marzyła? O byciu tak blisko muzyki, mając na uwadze wyłącznie własne priorytety i opinie. Może właśnie dzięki temu zmieni świat, nadając nie tylko jednemu, ale tysiącom, milionom ludzkich istnień znaczenie? Czy to nie byłoby wspaniałym doświadczeniem?
Uśmiechnęła się wesoło zaciskając w dłoni kurczowo klucze do swojej Krainy Marzeń. Ubrana w luźny sweter w różowo- beżowych odcieniach z niebanalnym wzorem charakterystycznym dla domu mody Missoni, skrytym pod luźną parką spod której wystawały jasne, jeansowe rurki zaakcentowane trampkami, wyglądała całkiem niepozornie, jak dziewczyna z sąsiedztwa i w zasadzie jej to odpowiadało. Kto by w niej teraz poznał tą April, która nie rozstawała się z kilkunastocentymetrowymi szpilkami? W zasadzie nie miała zamiaru się z nimi pożegnać raz na zawsze, ale moment gruntownych zmian w życiu miał to do siebie, że należało spróbować możliwie najwięcej nowych opcji mających na celu odnalezienia szczęścia w tym świecie, a ona zamierzała wycisnąć z tej chwili najwięcej jak się dało.
Zrobiła dziarski krok na przód. Krok ku spełnieniu marzeń.
April- 27 lat; właścicielka wytworni płytowej „Lost in Stereo Records”
Andrew- 6 lat- syn April
Sun- 4 lata- córka April
[Wiem, mega chaotycznie, za co przepraszam, ale to moja pierwsza notka od… wieków?Wróciłam niby od tak, głównie przez taka jedną osóbkę, co jest mistrzem zua, jednak widzę, że jestem jedną z wielu osób oddających się manii powrotów w ostatnim czasie. Swoją drogą myślałam już nad tym od jakiegoś czasu, ale jak widać potrzebowałam motywacji W każdym razie jestem z moją kochaną Apriś w całkowicie optymistycznym wydaniu, które mam nadzieję pozostanie jak najdłużej :)
Omo, wróciłam, wróciłam! xD]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz