czwartek, 3 listopada 2011

1842. Trillium

          Nowojorski poranek jeszcze nie rozpoczął na dobre swego codziennego etatu, kiedy rudowłose dziewczę, zwane JJ, otworzyło swoje niezbyt duże, niestety, niebiesko-szare oczy i z wielkim niezadowoleniem, irytacją wręcz, uniosło się na łokciach by sięgnąć Nokię, leżącą w stłamszonej kołdrze. Zorientowawszy się, że nawet jeszcze nie ma siódmej, Joyce przeklęła tę część swojego organizmu, która odpowiedzialna jest za budzenie i opadła z powrotem na białą poduszkę z zamiarem zaśnięcia i delektowania się przebywaniem w niebycie przez jak najdłuższy czas. Dzisiaj udało im się zamknąć pub tuż po czwartej, a jako że była jej kolej, musiała wszystkiego dopilnować. Nie było sensu by obie, Jackie i JJ, siedziały w lokalu do zamknięcia. Raz jedna, raz druga, nie ma to jak sprawiedliwy podział obowiązków. Póki żaden z pracowników nie zdobędzie ich zaufania musiały sobie radzić same. I same wszystkiego dopilnowywać, choćby to oznaczało siedzenie w „Black Rose” po dwadzieścia godzin na dobę. Nie można było się dziwić, że JJ miała najszczerszą ochotę spać. Ciąć komara. Kimać. 

- Nosz jasny gwint – wyrwało się dobrze wychowanej pannie Jareau, kiedy minęło dobre kilkanaście minut, a sen nie nadchodził. Przewróciła się na plecy i ziewnęła przeciągle, a szeroko otwartymi oczami zaczęła wpatrywać się w sufit. Świetnie. Tak było zawsze. Miała okazję pospać to jej się nie chciało. Złośliwy organizm. Teraz nie korzysta z szansy odpoczynku, a potem będzie strajkował krwotokami z nosa, zawrotami głowy, złym humorem i innymi bonusami. Poranne światło, wpadające do jej pokoju przez żaluzje, również nie ułatwiało zaśnięcia. Powinna sprawić sobie rolety. Czarne. Piekielnie czarne, hebanowo czarne, czarno-czarne, czarne jak dupa Szatana, wszystko jedno. Ważne, by zakrywały okno i nie wpuszczały ani jednej fali świetlnej. 

- Miauuuu – rozległo się gdzieś spod kołdry i sekundę później wyłoniła się mała czarna kotka z białymi łapkami i spojrzała na swoją panią z wyrzutem.

- Przepraszam, że Cię obudziłam, Eklerko – westchnęła rudowłosa i pogłaskała aksamitne futerko zwierzątka, które zamruczało radośnie. Jeśli chodzi o relacje między Joyce a Eklerką, były one identyczne jak te pomiędzy Garfieldem i jego panem: „Karm mnie”, „opiekuj się mną”, „kochaj mnie”. W przeciwieństwie do tłustego kocura z filmu, Eklerka potrafiła okazywać więcej uczuć. Albo była tak cwana, że potrafiła udawać. Jedno z dwóch.

W końcu Joyce znudziło się bezcelowe leżenie w łóżku i usiadła, zsuwając stopy na podłogę. Syknęła cicho czując chłód parkietu i od razu wsunęła stopy w zielone kapcie z żabimi oczami. Wstała na nogi i przeciągnęła się tak intensywnie, że aż chrupnęło jej w kościach.

- Starość nie radość – mruknęła JJ i powlokła się w stronę kuchni, starając się przemieszczać jak najciszej. Drzwi od pokoju Jackie były zamknięte, a światło zgaszone. Zapewne jeszcze spała.

Ruda przeczesała palcami włosy i związała je w niedbały koczek z tyłu głowy i otworzyła lodówkę, by wyciągnąć z niej karton mleka. 0% tłuszczu, czyli biała woda w kartonie. Podsumowując, 0% satysfakcji kubków smakowych i prawdopodobnie tyle samo wartości odżywczych. Za to jakieś 100% połechtania wiecznie otyłego ego. Joyce sięgnęła jeden z kubków, stojących na blacie i nalała do niego rzeczonego mleka, po czym usiadła przy kuchennym stole i upiła łyk zimnej cieczy. Skoro już tak wcześnie zaczęła dzień to mogłaby go jakoś wykorzystać. Kreatywnie, z sensem, a nie przebimbać bez większego pomysłu, na facebooku, e-bayu, oglądając stare odcinki „The Talk” czy talk-show’u z Ellen Degeneres, ewentualnie „Zabójczych umysłów”. Pub dzisiaj miał być otwarty o szesnastej, czyli miała przed sobą jeszcze jakieś dziewięć godzin.

Od jakiegoś czasu w jej głowie tlił się pewien zamiar, mianowicie myślała o kolejnym kierunku studiów. Skoro już jeden skończyła, nawet dość dawno temu, to dlaczego by nie wybrać innej dziedziny? Tym razem zdecydowanie odrzuciła wszystkie kierunki ścisłe. Koniec matematyki, fizyki, i innych im pokrewnych dziedzin. Gdyby umiała śpiewać, tańczyć, grać na jakimś instrumencie, to wybór okazałby się dziecinnie prosty, wydział muzyczny. Żałowała, że nie ma talentu artystycznego, wtedy na jej celowniku znalazłaby się akademia sztuk pięknych. Umiała co prawda grać, talentu aktorskiego i charyzmy jej nie brakowało, ale żeby startować na aktorstwo musiałaby mieć reprezentatywną urodę. A jej również poskąpił los.

Kiepsko jest nagle zorientować się, że przeżyło się już prawie ćwierć wieku i praktycznie nie ma się nic. Przykre. Takie poczucie zmarnowanych lat, niewykorzystanych szans, okazji, rozwianie złudzeń, którymi się żyło przez długi, długi czas.

I nagle bańka mydlana pękła, a piękny Kopciuszek z balu znów stał się kocmołuchem z kuchni macochy i jej dwóch córek.

- Szlag – podsumowała Joyce Jareau, kończąc pić mleko. Dobrze, że chociaż nie miała żadnego nałogu. Jeszcze tego by jej brakowało do dopełnienia obrazu nędzy i rozpaczy. Odstawiła szklankę do zlewu i zniknęła na dłuższą chwilę w łazience. Potem zamknęła za sobą drzwi pokoju, a pół godziny później wyłoniła się z plecakiem na plecach i zostawiwszy na kuchennym stole kartkę z napisem „Rolki” wyszła z mieszkania, zamykając drzwi na klucz. Rolek się jej zachciało, jak zwykle gdy chciała dać sobie w kość. Nie da się ukryć, że jazda na rolkach potrafiła dać wycisk, a intensywne tempo szczególnie. Sobota w Nowym Jorku zapowiadała się dość słonecznie, aczkolwiek było chłodno, jak w typowy jesienny poranek. JJ zapięła rolki na nogach i ruszyła chodnikiem, który na jej szczęście był wyjątkowo równy. Obawa o utracenie zębów, oderwanie nosa, pocięcie twarzy w wyniku aktywności fizycznej spadła o ponad połowę. Na nogach cztery kółka, w uszach Slipknot. W tej chwili nie było jej więcej trzeba. Nowy Jork dopiero budził się do życia, dla niej dzień trwał już od dawna. Dzień który nie przyniesie jej nic, prócz pracy w „Black Rose”, watahy klientów, spragnionych alkoholowej rozkoszy i sprzątania po zamknięciu. Tak było niemal codziennie. Dobrą rzeczą w całej sytuacji był fakt, że już dawno opracowała z Jackie taktykę rozwoju pubu i wszystko wskazywało na to, że przyniesie ona sukces. Sukces i co najważniejsze, satysfakcję, klientów i pieniądze. Może i była materialistką, ale stanie za barem nie stanowiło szczytu jej zawodowych aspiracji. Płynnie, dość szybkim tempem pokonywała kolejne metry. Przystanęła dopiero wtedy, gdy poczuła wibrację w kieszeni kurtki. Sięgnęła po telefon i zerknęła na wyświetlacz:

 „Masz jedną wiadomość od Jaquie”

-Ok. – wcisnęła

„Nie wychlaśnij wszystkich zębów”

- Spokojna twoja różowa rozczochrana – odpisała przyjaciółce, a Nokia z powrotem trafiła do kieszeni kurtki. JJ z powrotem rozpędziła się na rolkach, podgłosiła muzykę i starała się zbytnio nie rzucać się nikomu w oczy. Ani niczemu.

Po około dwóch kilometrach zauważyła wielki baner na jednym z budynków, który reklamował nowojorski college jako „miejsce, gdzie spełniają się ambicje i marzenia”, a pod wielkim logo szkoły znajdował się adres głównej siedziby.

Joyce zmarszczyła ciemnobrązowe brwi i zagryzła dolną wargę, intensywnie się nad czymś zastanawiając. Chwilę później uniosła kąciki ust w tajemniczym uśmiechu i zawróciła w stronę swojej ulicy.

Wpadła do mieszkania jak burza, rzucając w kąt rolki i kurtkę. Po błyskawicznym prysznicu zanurkowała w szafie w poszukiwaniu czegoś w miarę eleganckiego, a co nie było wydekoltowaną sukienką. Czegoś, co mogła założyć na egzamin. Czarna spódnica przed kolano i czarna koszula z długim rękawem? Przejdzie. W kilku słowach wyjaśniła swój pomysł Jackie, która skwitowała to śmiechem i zniknęła w swoim pokoju, zapewne z zamiarem malowania. Jeszcze tylko szybki makijaż, fryzura, pogoń po pokoju w poszukiwaniu swoich dokumentów i JJ wybiegła z powrotem na ulicę, wsiadła do taksówki i podjechała pod budynek New York College. Ku jej zaskoczeniu na dziedzińcu szkoły stało mnóstwo ludzi, stłoczonych w kilku bądź kilkunastoosobowych grupkach. Śmiejących się radośnie, zawzięcie o czymś dyskutujących, palących szlugi, nawet śpiewających najnowszy hit Rihanny. Przecież był weekend, dlaczego więc tylu ich było?

Zapewne zjazd studiów zaocznych – JJ wzruszyła ramionami i weszła na korytarz szkoły z zamiarem znalezienia sekretariatu albo punktu rekrutacji. Czegokolwiek. Spytała jedną z uczennic o drogę i w końcu stanęła przed właściwymi drzwiami, zapukała i weszła do środka.



Joyce E. Jareau

Studentka I roku filologii francuskiej

Studia niestacjonarne

Wydział Filologiczny



Takie informacje podawała legitymacja, z którą JJ opuściła budynek college’u. Zdecydowała się. W końcu. I jeśli się nie myliła to właśnie zaczynała zajęcia. Pierwsze zajęcia i wagary? Czy to nie przesada.

- Nie, to na pewno nie przesada. Załatwisz sobie zwolnienie lekarskie – pomyślała Joyce i zniknęła za murem.

„Kłania się studentka filologii francuskiej” – wystukała na klawiaturze komórki i wysłała wiadomość do Jackie. Oparła się o mur i zaczęła grzebać w czarnej torbie w poszukiwaniu iPoda. Wsadziła słuchawki  w uszy i wsunęła odtwarzacz do kieszeni żakietu, uprzednio wciskając „Play” na playliście „Apocalyptica plays Metallica”. Starocie, ale wciąż miała do tego sentyment. Ruszyła chodnikiem w kierunku sklepu muzycznego, skąd wyszła z kilkoma płytami w ręku. Chciała się uszczęśliwić, a muzyka była jej niezbędna do szczęścia. Ba, nie tylko do szczęścia. Również do podstawowej egzystencji. Muzyka to był jej jedyny nałóg i jedna z wielu słabości. Nie mogła przeżyć dnia bez przesłuchania jednego z kilkudziesięciu ulubionych utworów. Albo i nawet ponad setki. Sporo tego było, a JJ nigdy tego dokładnie nie liczyła. Skoro niektórzy nie wyobrażali sobie dnia bez szluga, białej ścieżki, strzału w żyłę czy kieliszka alkoholu, ona mogła spokojnie ulegać swojej słabości do pięknych dźwięków. Nie minęło pół godziny aż znalazła się w antykwariacie. Przywitała się miło z pracującym tam emerytowanym wykładowcą historii i zniknęła pomiędzy półkami z książkami. Wszystkie były już mocno używane, niektóre jawnie zdewastowane, ale nikomu to nie przeszkadzało. W tym tkwił ich urok. Były zniszczone, tanie i wyjątkowe. Joyce nie miała jakoś szczególnie wyklarowanych opcji poszukiwań. Postanowiła, że kupi pierwszą książkę, która spodoba się jej wizualnie. Tak też jej uwagę przykuła mała książeczka, na oko stustronicowa o wymownym tytule „Bajki dla dorosłych”. JJ zacisnęła palce dłoni na granatowej okładce, tak mocno że aż zbielały jej paznokcie. Potem podeszła do kasy, zapłaciła i życząc właścicielowi „miłego dnia” wyszła ze sklepu, nie mogąc się doczekać aż wróci do mieszkania, naleje sobie wina i przeczyta nowy nabytek.

Po powrocie do domu zorientowała się, że Jackie gdzieś wybyła. Po kartce w kuchni wywnioskowała, że jej przyjaciółka poszła do sklepu plastycznego, bo skończyła się jej farba w kolorze biskupiego fioletu, a Eklerka wyszła z nią, ale zapewnie się szlajać z jakimś nowojorskim dachowcem. JJ uśmiechnęła się rozbawiona, zmięła kawałek papieru i wrzuciła go do kosza. Następnie zrzuciła z siebie krępującą ją odzież i zmieniła ją na stare dżinsy i bawełniany podkoszulek z logiem dziwnej Emilki. Rudowłosa nalała sobie czerwonego, półsłodkiego wina do kieliszka i rozsiadła się wygodnie na swoim łóżku, podłożyła poduszki pod plecy i upiwszy łyk alkoholu otworzyła książkę na pierwszej stronie. Trafiła na wybór opowiadań, dlatego powiodła wzrokiem po tytułach i zdecydowała, że na pierwszy ogień pójdzie tekst „Polne kwiaty Janis Bleeker”. Janis Bleeker była niezadowoloną z życia pracownicą sklepu spożywczego. Po czterdziestce, rozwiedziona, bezdzietna, niezbyt ładna, bez przyjaciół. Niezbyt szczęśliwa kobieta. Los doświadczył ją okrutnie zsyłając na nią bierzmo choroby nowotworowej. Dwa dni przed swoimi czterdziestymi trzecimi urodzinami Janis dowiedziała się, że ma białaczkę. Rozpacz, zszokowanie, niedowierzanie. Dni spędzone na płaczu i nerwowym wyszukiwaniu wszelkich możliwych informacji w Internecie doprowadziły ją do szaleństwa. W wyniku chemioterapii straciła włosy i resztki urody, a pierwszy przeszczep szpiku się nie przyjął. Dopiero drugi, wykonany niemalże w ostatniej chwili, przyjął się na tyle dobrze, by Janis mogła wrócić na jakiś czas do domu. Historia dluga, przykra, ale w końcu Janis wyzdrowiała. I na pamiątkę wyzdrowienia co roku sieje polne kwiaty przy drodze, która prowadziła do szpitala. Wdzieczność? Jeśli tak, to komu była wdzięczna?

- Cholerne polne kwiatki – stwierdziła Joyce, odkładając książkę na bok. Wypiła do końca wino z kieliszka i nalała sobie więcej, po czym sięgnęła po laptopa. Przez dłuższą chwilę zastanawiała się co ma zamiar zrobić, ale nic konkretnego nie przyszło jej do głowy. Historia Janis była dziwna. Dziwna, na swój sposób smutna i trudna. W podziękowaniu za zdrowie kobieta sieje polne kwiaty wzdłuż drogi do szpitala. Dokładnie w każdą rocznicę przeszczepu.

- Ja pierdzielę – warknęła JJ, orientując się że kompletnie bezmyślnie wpisuje hasło „google” w wyszukiwarce Google. To chyba wystarczająco argumentowało jej roztargnienie. Wychyliła drugi kieliszek niemal duszkiem i odstawiła butelkę, wiedząc że przecież nie może się urżnąć jak dzika świnia, bo za parę godzin zaczyna pracę. Za trzy, będąc dokładnym. Laptop wylądował na stoliku, a Joyce wyskoczyła z łóżka i popędziła do kuchni, z nadzieją na spożycie czegokolwiek bardziej wartościowego niż alkohol. Usiadła przy stole z miną zadowolonego łowcy oraz z małym serkiem wiejskim w ręku. Zagryzła go bułką, wmawiając sobie, że dostarcza swojemu ciału wszystkich cennych wartości odżywczych. Puste opakowanie wrzuciła do kosza, a łyżeczkę do zlewu, mając zamiar umyć ją tuż przed wyjściem. Półtorej godziny później siedziała przy swojej toaletce, okazyjnie upolowanej na pchlim targu, w jednej dłoni trzymając szczoteczkę od czarnego tuszu do rzęs, a w drugiej kopcącego się jointa. Jedno pociągnięcie tuszem wzdłuż linii rzęs równa się jednemu machowi płonącej marihuany. Obie czynności wykonywała automatycznie, bezmyślnie wpatrując się we własne odbicie w lustrze. Pozostałości po jointcie wylądowały w ozdobnej popielniczce, a tusz w górnej szufladce, gdzie trzymała kosmetyki do makijażu oczu. Pociągnęła usta wiśniowym błyszczykiem i oceniwszy całość za zadowalającą spryskała się ulubionym perfumami. Zerknęła na zegarek. Oczywiście już powinna być w drodze do „Black Rose”. Sznurując w biegu glany popędziła do kuchni, umyła łyżeczkę po serku i nałożyła sporą ilość kociej karmy do miseczki Eklerki, która siedziała na kuchennym parapecie, z ciekawością obserwując nowojorską ulicę.

- Jaaackieee, ruszamy! – Zawołała rudowłosa, narzucając na siebie brązowy płaszczyk i zielony szalik. – Taksówka czeka na dole! – Poinformowała na głos i wybiegła z mieszkania, mając nadzieję, że jej współlokatorka zamknie za sobą drzwi.





godz.3.50. pub „Black Rose”

- Dobra, ludziska, fajrant – oznajmiła rudowłosa Joyce, rozsiadając się na barowym krzesełku ze szklanką tequili w ręku. Pracownicy pubu odetchnęli z ulgą i rzucając zdawkowe „na razie’ znikali z lokalu. W końcu w pubie zostały tylko ona i Jackie, która krzątała się na zapleczu, co chwila rzucając urokliwe, i co ważniejsze donośne jak na tak niepozorną osóbkę, „kurwa mać”. JJ uśmiechnęła się pod nosem i upiła kolejny łyk rozgrzewającego płynu, odpędzając od siebie senność i zmęczenie. 

Jacqueline tymczasem, szukając na zapleczu faktur za alkohol, potknęła się o skrzynkę piwa i wpadła na ścianę, znów sypiąc wulgaryzmami. Koniec końców wyszła z magazynu, zakładając włosy za ucho. 
-Spodziewałaś się, że będzie przy tym tyle zabawy? – Zapytała poważnie, siadając obok przyjaciółki.
- Którą część prowadzenia tego lokalu nazywasz zabawą? – JJ uniosła brew i spojrzała na Jackie. – To, że jesteśmy pod kreską czy to, że nawet pies z kulawą nogą tutaj nie zagląda? – Spytała i upiła łyk alkoholu
-To, że jest tu tak dużo pracy, podczas gdy spodziewałam się frajdy i wiecznego luzu. – Kobieta nalała sobie whiskey, rozglądając się po pubie.
– Tak to chyba nigdy tutaj nie będzie. – Rudowłosa wzruszyła ramionami i rozparła się ramionami na barze. – Kończ drina i zmywamy się. Spać mi się chce – stwierdziła, wypijając do końca alkohol i odstawiając szklankę z nieco zbyt głośnym stukiem o blat. Jackie zmarszczyła brwi i  łyknęła do dna, obrzucając jeszcze raz spojrzeniem wnętrze lokalu. – W każdym razie wolę to, niż Paryż. – Uśmiechnęła się łobuzersko, mierzwiąc włosy rudej. – To co, uciekamy do domu? Mam jeszcze do opracowania butelkę tequili w domu. Pomożesz?
Na słowa przyjaciółki Jackie zareagowała cwanym uśmieszkiem. – Myślisz, że pozwolę Ci samej wpędzać się w alkoholizm? – Spytała, kierując się na zaplecze po płaszcz, torebkę i klucze. Jacqueline uśmiechając się zarzuciła na ramiona lateksowy płaszczyk, szukając papierosów w torebce. – Miałam nadzieję, że nie pozwolisz nam na samotność. Tequila nie lubi spędzać czasu z samą mną. – Mówiąc to kobieta zgarnęła z lady pęk kluczy i zajęła się zamykaniem krat i tylnych drzwi.
- Tęsknię za Paryżem, Jack – przyznała w końcu Joyce, wpisując kod alarmowy. Założyła płaszczyk i apaszkę, po czym chwyciła torebkę. – Tam było jakoś prościej
Jacqueline westchnęła pod nosem. – Stary, brudny Paryż. – Mruknęła odpalając papierosa. – Ja jednak nie tęsknię. – Dodała przypominając sobie miniony rok spędzony w mieście zakochanych.

- A ja jednak bardzo. – Joyce westchnęła cicho znikając z przyjaciółką za rogiem…





Jacqueline

&

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz