poniedziałek, 14 listopada 2011

[1845] Kanał.

-Czy ktoś mnie w końcu przyjmie!? – Wrzasnęła kobieta w różowych włosach, której kolor twarzy upodobnił się niemal do czupryny, z powodu niesamowitego bólu w kostce. 
-Yyy… Pani nazwisko? – Zapytał lekarz niosący kilka kart pacjentów.
-Rosseau. Jacqueline Rosseau. Czy ktoś mógłby obejrzeć moją kostkę? 
-Tak, proszę. Za chwilę się panią zajmę. – W tym samym momencie spod podłogi wyrósł wózek z pielęgniarzem, zapakował pacjentkę na pojazd i niczym wózek-widmo pognali na urazówkę.

-Jak to złamana? – Zapytała z niedowierzaniem, wściekłością i masą innych, nieprzyjemnych uczuć Jackie, podczas gdy irytacja gotowała się w niej niczym lawa w wulkanie, która prędzej czy później i tak musiała się wydostać na zewnątrz. A lepiej, żeby to było później, niż wcześniej. 
-Powiem więcej. Złamana w trzech miejscach, wygląda to tak, jakby byk nadepnął pani na stopę. Czy może pracuje pani w … 
-Nie, a w mieszkaniu mam tylko kota. Więc co pan na to? 
-Hmm… No to wsadzimy w gips. – Zanim Jackie zdążyła się sprzeciwić do pokoju wpadła jak burza Joyce, której przerażenie było wprost proporcjonalne do odcienia fioletu na kostce Jackie. 
-Jak…?
-Nie pytaj. – Wycedziła różowowłosa, dając się jednocześnie wsadzić w gips od palców po kolano.   

5 godzin wcześniej

-JJ, dzwonił do Ciebie ten facet od elektrycznego rodeo? – Zawołała Jackie ze swojego pokoju, malując paznokcie u stóp na czarno. Spodziewała się błyskawicznej odpowiedzi ze strony rudowłosej, ta jednak dopiero po dłuższej chwili pojawiła się w drzwiach sypialni Jack, w jednej dłoni dzierżąc bułkę z serem, w drugiej kubek z herbatą. 
-Elektryczne rodeo? Nie? Nie dzwonił?
-Co za pajac, czekamy już trzeci tydzień na tego bałwana. – Bardziej soczyste wyzwiska Jacqueline zostawiła dla siebie. – Zapłaciłam mu zaliczkę, a później wpłaciłam połowę kwoty, żeby się odp… – Urwała, sięgając po papierosy. – Dzisiaj moja kolej na siedzenie do późna, prawda? – Zapytała wyciągając z paczki jednego Marlboro.
-Tak jakby wypadło na Ciebie – odparła Joyce i ugryzła bułkę. Usiadła po turecku na dywanie i zlustrowała wzrokiem swoje fioletowo-czerwone paznokcie u rąk. – Chyba że Ci bardzo nie pasuje to będziemy negocjować – uśmiechnęła się szatańsko i upiła łyk herbaty.
-Może trafię na tego od rodeo, to go rozwalę. Połamię mu gnaty. – Zacytowała z jakiegoś westernu Jackie, po czym zaciągnęła się nikotyną. – Masz dzisiaj zajęcia?
-Przywal mu ode mnie też. – JJ odstawiła kubek i rozłożyła się na dywanie, na wznak. – Nie mam zajęć, bez przesady, ile mam tam siedzieć? – Spytała retorycznie. – Znając mnie i tak nie dotrwam do sesji, już mi się nie chce. Francuski w praktyce a ta uniwersytecka teoria to jednak kompletnie inne bajki. Ta naukowa jest nie moja – pokręciła głową, wprawiając dość długie rude włosy w ruch. – Widziałaś Eklerkę? – Spytała nagle, zauważając brak charakterystycznego kociaka.
-Yyy… Wcześniej, jak malowałam to wklejała się w moje płótno, a teraz to nie mam pojęcia. Pewnie mizia się z jakimś nowojorczykiem. – Skwitowała Jackie, poprawiając lakier na paznokciach. – O której do mnie dojedziesz? Wspominałaś ostatnio, że masz na dzisiaj jakąś robotę.
- Kurwiszon z tej Eklerki, takiej to dobrze – westchnęła Joyce, przeciągając się leniwie. – Do dziewiętnastej powinnam się wyrobić – zerknęła na wyświetlacz komórki. – O ile zaraz zbiorę dupę w troki – dodała i wstała na nogi, z niechęcią. – Lecę.
Jackie zerknęła na zegarek.
-Widzimy się w Black Rose, ja jeszcze mam trochę czasu, to się polenię. W razie co to jestem pod telefonem.

3 godziny wcześniej

Jacqueline Rosseau w dopasowanym, niebieskim dresie biegała ścieżkami pobliskiego parku, ściskając w dłoni czerwonego iPoda. Planowo co drugi dzień spędzała godzinę na bieganiu i to tylko dlatego, żeby zrelaksować się i przez chwilę odciągnąć od pędu codzienności, który zamieniał życie w szarą rutynę. Do otwarcia Black Rose została jej jeszcze ponad godzina, a z mieszkania do pubu dzielił ją jedynie kwadrans drogi szybkim tempem. 
Postanowiła, że czas na przerwę, dlatego zatrzymała się i opierając dłonie na kolanach dyszała ciężko, jak przystało na nałogowego palacza. W słuchawkach nieprzerwanie dudnił ciężki rock, który był nieodłącznym dodatkiem do mroźnego popołudnia. Opadła na wilgotną ławkę, poprawiając gumkę, spod której uciekło kilka niesfornych kosmyków różowej czupryny. 
Podziwiając jesienny krajobraz zastanawiała się, w jakim kierunku dalej popłynąć ma jej aktualne dziecko. Niemal perfekcyjny obraz kobiety, której rysy twarzy, włosy i wszystko inne były idealnie wymuskane, stanął w miejscu, a ona nie wiedziała, co dalej z nim zrobić, żeby nie zepsuć tego, co już wypracowała długimi godzinami siedząc przy płótnie.  Miała już wiele opcji, jednak każda z nich nie była tym, co dopełniałoby portret samotnej kobiety. Za każdym razem, kiedy spoglądała na jej profil odwrócony ku nicości irytowała się, przypominało jej to bowiem, że nigdy niczego nie jest w stanie doprowadzić do końca. Studia w Paryżu na wydziale malarstwa i rzeźby zakończone po dwóch latach ciężkiej pracy. Związek z wokalistą znanej grupy rockowej, który oświadczył jej się po trzech latach życia razem. Praca nad wystawą do głównej galerii, na którą oddała wszystkie gotowe, zrobione na studiach obrazy, zamiast tych, które planowała pokazać. Nie były to jedyne sprawy, które zostawiła rozbabrane i zajęła się czymś innym. 
Właściwie poza malowaniem nie potrafiła niczego innego. Prowadziła bar, bo zaproponowała to podczas jednej z popijaw z Joyce. Rzuciła wtedy w żartach, że nadawałaby się jako barmanka, a w miesiąc później znalazły lokal i wyjechały do Nowego Jorku, by prowadzić nowe, imprezowe życie. Oddział galerii, w której pracowała zaproponował jej pracę w Nowym Jorku tylko dlatego, że potrafiła uszczęśliwić bogaczy wciskając im szajs, za który przepłacali. 
Gdzie to życie, do którego jeszcze kilka lat temu dążyła? Bogata, niezależna malarka, z własną galerią i kupą fanatyków z całego świata, którzy ze wszystkich zakątków zjeżdżaliby się po jej prace? 
Teraz miała już dwadzieścia trzy lata, a jednocześnie nie miała niczego, co wiązałoby ją z czymkolwiek. Joyce. Jedyna osoba, którą uważała za rodzinę, ponieważ swojej własnej nie miała od dawna. Łatwo było odciąć się i zapomnieć, nie patrząc więcej wstecz. 
Jackie poczuła napływ goryczy, irytacji i … ? Tego dziwnego uczucia, przez które ludzie pili, skakali z mostu, robili głupoty, o których później nie chcieli nawet myśleć. Nie zastanawiając się dłużej podniosła się z ławki i pobiegła w stronę mieszkania wiedząc, że za chwilę najdzie ją jeszcze jedno niemiłe uczucie, a dokładniej niedobór nikotyny w przeżartym na wylot używkami organizmie.

Godzina wcześniej

Paląc jeszcze papierosa szperała w torebce w poszukiwaniu pęku kluczy, których nie sposób było zapomnieć z mieszkania. Ważyły grubo ponad tonę, co Joyce zauważyła już pierwszego dnia, kiedy wzięła je do ręki. Otworzyła ciężkie kłódki i uchyliła kratę, szukając właściwego klucza do drzwi. Znalazła się na zapleczu, gdzie dopaliła papierosa a następnie wrzuciła go do słoika z wodą, który specjalnie tam postawiła podczas pierwszego wieczoru w Black Rose. Wchodząc na salę uderzyła nogą w drewniany bar, kląc przy tym siarczyście. Rozmasowała kostkę i zabrała się do oględzin, bo już za chwilę mieli zjawić się pracownicy oczekujący pełnej gotowości.

Przesiedziała kolejny kwadrans paląc papierosa przy barze. Za drugie tyle powinni zjawić się pracownicy liczący na podwyżkę w najbliższym czasie. Aktualnie nie była pewna, czy mogli liczyć na wypłatę. Na szczęście jeszcze o tym nie wiedzieli. 
Jacqueline zawsze potrafiła robić dobrą minę do złej gry. Umiała wcisnąć komuś coś, co nie było mu nawet potrzebne. Przez dwa poprzednie lata sprzedawała obrazy kobietom w eleganckich kostiumach i mężczyznom w garniturach, których cena przewyższała jej miesięczne zarobki. 
Jedynie do tego chyba się nadawała. 
Powoli zaczynała żałować biegu po parku, trzeszczała jej niemożliwie kostka przy każdym kroku, szczególnie teraz, gdy wyrżnęła nią w barek.

Pół godziny przed otwarciem

-Do cholery, gdzie pan się podziewał!? Myślałam, że zgarnął pan kasę i spier_olił! – Wysyczała po raz kolejny, obserwując jak tragarze wnoszą do wskazanego przez nią pomieszczenia zamówionego jakiś czas temu sprzętu. 
-Przepraszam panią bardzo za zwłokę. Niestety zależało to od … 
-Nie obchodzi mnie, od kogo, lub czego to zależało. Niech pan już sobie idzie. Poza tym serdecznie zapraszam na drinka, może kupując co wieczór cztery odpłaci się pan za to, że przez pana chodziłam …– zrobiła małą pauzę – … zła przez ponad dwa tygodnie!
-Proszę się uspokoić. To naprawdę nie było moją winą.  
-Jasne, każdy się tak tłumaczy. Zabieraj pan swoich chłoptasi i spieprzaj z mojego pubu.

-Mamy dotację! Kolejka dla każdego na koszt firmy! – Krzyknęła Jackie wskakując na scenę. Chwilę później padła na podłogę sycząc z bólu.

Teraz

Jackie wsiadła z trudem do samochodu Joyce, ładując kule na tylnie siedzenie. Zapięła pas (dla bezpieczeństwa, w końcu jedna noga w gipsie w zupełności jej wystarczała) i naburmuszona zatrzasnęła za sobą drzwi. Nie miała zamiaru w ogóle się odzywać, ponieważ nienawiść całego świata skupiła się na jej kostce, która pękła w trzech miejscach i zabarwiła się na fioletowo, pod kolor jej nowej koszulki z logiem ulubionej grupy rockowej. Wbiła wzrok w okno i w ciszy (jak nigdy) obserwowała ulice Nowego Jorku. 
- Jackie, ja pierdolę, jak Ty to zrobiłaś? – Joyce zerknęła na przyjaciółkę i zapięła pas. Jej ciśnienie wciąż było grubo powyżej normy. Zapuściła silnik i włączając kierunkowskaz włączyła się do ruchu.
-Naprawdę chcesz wiedzieć? – Zapytała mając ochotę na papierosa.
- Chyba mam prawo, po przedzawale i miniwylewie, które przez Ciebie przeżyłam? – JJ uniosła brew i zacisnęła palce na kierownicy. Całkowicie bezwiednie.
-Pamiętasz, jak mówiłam, że połamię gnaty facetowi od rodeo? – Zapytała grzebiąc dyskretnie w torebce.
- Pamiętam, ale to on miał być w gipsie nie Ty – stwierdziła rudowłosa. – Nie mów, że złamałaś sobie kostkę kopiąc go po cojones? – Joyce zrobiła wielkie oczy.
-Nie, nie. Przyjechał dzisiaj z rodeo, jego chłoptasie ustawili sprzęt w tej mniejszej sali. Opieprzyłam go od góry do dołu, zapłaciłam resztę i powiedziałam, że ma spier*alac, zanim doliczę do trzech, bo po tom czasie go rozwalę. No to zwiał, zapakował się na pakę i pojechali. – Jackie zrobiła chwilę przerwy, wyciągając papierosa z paczki. – Nie było jeszcze ludzi i załogi, dlatego sama zabrałam się za podłączanie kabli i innych pierdół. No i później doszłam do wniosku, że trzeba wypróbować to dziadostwo… – Tu urwała, uchyliła okno i zapaliła papierosa.
Z każdym słowem Jackie, wyraz twarzy JJ ulegał zmianie. Zdziwienie, rozbawienie, w końcu wnerw. – Czy Cię do końca pogięło? – spytała. Retorycznie. – Jak mogłaś? Ja wiedziałam że ten elektryczny bawół, byk, żubr, cokolwiek, to pomyłka
-No i zasiadłam na jego grzbiecie, włączając co jakiś czas coraz wyższą moc. I koniec końców poleciałam na matę, ale to jeszcze nic! – Wysyczała Jackie, wydmuchując dym za okno.
- Wal śmiało, w końcu moje serce i nerwy są ze stali – warknęła rudowłosa, zmieniając pas ruchu. Miała ochotę przylać różowowłosej z paska, postawić ją do kąta i dać jej szlaban. Niestety, nie była jej matką, nawet chrzestną.
-Później przyszedł jakiś schlany przydupas. I … Zglanowałam go po tym, jak złapał mnie za tyłek. – Wyrzuciła niedopałek przez okno, po czym je zamknęła. Joyce skwitowała wypowiedź przyjaciółki milczeniem. Bardzo wymownym milczeniem, które aż krzyczało „Kurwa mać, coś Ty sobie myślała, idiotko!”. Odruchowo zaczesała pasmo włosów za ucho i dopiero po dłuższej chwili odważyła się spytać: 
- Jeszcze coś masz mi do powiedzenia, czy już mogę wyzwać Cię od nieodpowiedzialnych, niedojrzałych, niemyślących licealistek? – Zerknęła kątem oka na Jack, starając się przy okazji nie zabić ich podczas niezbyt ostrożnej jazdy samochodem.
-A później wskoczyłam na parkiet, bo dostałyśmy te pieprzone dotacje, o które pisałam wniosek. No i bach. – Zakończyła swoją opowieść Jackie, zapadając się nieco w fotelu. W tej samej chwili Jareau zaparkowała samochód przed blokiem, w którym mieszkały. Zaciągnęła hamulec ręczny, zgasiła światła i wyłączyła stacyjkę. 
- To elektryczne bydlę zniknie z „Black Rose” to po pierwsze, po drugie cieszę się że dostałyśmy dotację, po trzecie ketonal jest w szafce w łazience, na dolnej półce. A po czwarte, to muszę zajarać jointa, bo nie ogarniam – wygłosiła odpinając pas. – Pomóc Ci, czy dasz radę wysiąść? – Spytała, wysiadając z auta.
-Poradzę sobie. W końcu teraz non stop będę tędy zasuwać o kulach. – Mruknęła wysypując się z auta na chodnik, gdzie z ledwością złapała równowagę.

Joyce 
&

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz