Dlaczego człowiekowiwydaje się, że wszelkie tragedie dotykające innych akurat jegoominą szerokim łukiem? Przeciętny obywatel oglądający wieczornewiadomości żyje w przekonaniu, iż całkiem nieźle mu siępowodzi, skoro wokół słyszy się o tylu nieszczęściach, podczasgdy on sam prowadzi spokojne, może nieco monotonne, ale niczymniezmącone życie. Zabawne, jak wszystko to może się zmienić wprzeciągu zaledwie sekundy… W chwili, kiedy to człowiek przestajebyć jedynie obserwatorem. Kiedy nie kręci z niedowierzaniem głową,oglądając cudze nieszczęście, a poniekąd sam staje się ofiarą.Choć czy „ofiara” to aby na pewno słuszne określenie? Mniejszaz tym. Przychodzi bowiem taki moment, kiedy zwykły szary obywatel nawłasnej skórze przekonuje się, że panoszące się po świecie złomoże dotknąć także jego. Że wcale nie jest taki nietykalny, ato, co dzieje się na szklanym ekranie to nie tylko suche fakty. Żeto też masa łez i sprzecznych uczuć. Życie, po prostu życie.
Zsunąwszy nieco spodniei odchyliwszy rąbek bielizny, Inez zerknęła na mały, kolorowytatuaż widniejący na jej podbrzuszu. Podobał jej się, możnanawet powiedzieć, że z każdym dniem lubiła go bardziej, jakby naprzekór nie tylko sobie, ale także całemu światu. Czerwonatasiemka skręcona we wstążkę, lekko wycieniowana, odcinająca sięod bladej skóry. Niby nic, niby zwykły rysunek, a jednak dla swojejwłaścicielki znaczył naprawdę wiele.
Została zarażona nieco ponad dwa lata temu. Konkretnie, dwa lata itrzy miesiące. Owszem, dokładnie pamiętała datę, choć szczegółytamtego dnia nieco zatarły się w jej pamięci. Nie, to nie tak, żechciała zapomnieć. Po prostu jak wszyscy wiemy, ludzka pamięćbywa zawodna i nie inaczej było w przypadku ratowniczki, którastojąc przed lustrem, uważnie przyglądała się swojemu tatuażowi,który nie pozwalał zapomnieć. Który wręcz przypominał iuświadamiał, a przy okazji łamał stereotypy.
„Jestem nosicielką wirusa HIV.” Te słowa niejednokrotnie padałyz usta panny Grant i niejednokrotnie doświadczyła z tego powoduprzykrości. Ludzie reagowali rożnie, kierując się w swoichosądach mocno ograniczoną wiedzą. Często wydawali bezpodstawneopinie, spoglądali na nią z ukosa, wyobrażając sobie Bóg wie co.A ona? Ona zadzierała wysoko głowę, bo wiedziała lepiej. I niezamierzała tłumaczyć tym ograniczonym, jak do tego wszystkiegodoszło. Mogli wysłuchać jej jedynie ci, którzy okazali niecozainteresowania i zrozumienia. A momentami takowych na prawdę trudnobyło znaleźć.
Poprawiwszy spodnie, brunetka uśmiechnęła się lekko i narzuciłana siebie płaszcz, do którego przyczepiona była wstążkaniesamowicie podobna do tej, która widniała nad jej pachwiną. Niezamierzała siedzieć w domu, nie chciała milczeć, kiedy poniekądbyła w centrum zainteresowania i zamknąwszy mieszkanie na czteryspusty, ruszyła na podbój Nowego Jorku, licząc na to, że trafi najakąś ciekawą akcję. Jak łatwo można się domyślić, niemusiała długo szukać. Już po przejściu kilku przeczniczaatakowała ją grupka ludzi rozdających czerwone wstążeczki, naco Grant jedynie pokazała swoją przypiętą do płaszcza iuśmiechnąwszy się znacząco, ruszyła dalej. Mimo chłodu miastojak zwykle było zaludnione, tu i tam można było natrafić nakorek, stąd poruszała się nieco powoli, aż jej wzrok przyciągnęłokilka plakatów. Panel dyskusyjny o HIV i AIDS, wstęp wolny,pogadanka zaczynała się za godzinę. Czemu nie?
Inez dotarła na miejsce w przeciągu piętnastu minut, więc miałanieco czasu na to, aby się rozejrzeć. Zostawiła płaszcz w szatni,zgarnęła ze stolików kilka ulotek i rozsiadła się wygodnie,czekając, aż w pomieszczeniu ewidentnie przeznaczonym do wszelkiegorodzaju konferencji zbierze się nieco więcej osób. W przeciągupół godziny sala może nie była pełna, ale zebrało się na tylechętnych do wzięcia udziału w dyskusji, iż mogłoby byćciekawie. Co lepsze, rozglądając się ukradkiem, Grant zauważyła,że towarzystwo jest niesamowicie zróżnicowane wiekowo. Niezabrakło nawet paru starszych pan, które spokojnie mogły ło łonależeć do kołka różańcowego, podczas gdy one żywo dyskutowaływ kącie, najwidoczniej będąc działaczkami jakiegośstowarzyszenia. Nie zajmujmy się nimi jednak dłużej, gdyż otowszystko się zaczęło.
Mównica. Prosta, zbita z jasnego drewna, nieco nadgryziona przez ząbczasu. A za nią mężczyzna w średnim wieku, z okularami wmetalowej oprawie, pod krawatem. Inez uśmiechnęła się z uwagi naswój mało oficjalny strój, ale z tego co zdążyła sięzorientować, jedynie organizatorzy prezentowali się w niecobardziej przyzwoity sposób niż na co dzień. Tak czy siak dopierokiedy kobieta oceniła jego ubiór, zwróciła uwagę na słowa. Takjak podejrzewała, zaczęło się nieco oficjalnie i mało ciekawie.W końcu kto z nas lubi formalności, a także wnioski opierającesię wyłącznie na statystykach? Na pewno nie Inez. Zdecydowaniechciała czegoś więcej, czegoś bardziej życiowego, jeśli możnatak powiedzieć. Miała nadzieję, że temat HIV i AIDS zostaniesprowadzony do parteru, do problemów takich zwykłych ludzi jak ona,którzy na co dzień żyli z chorobą. I wreszcie, po miej więcejgodzinie, kiedy to została przedstawiona działalność wszelkiegorodzaju organizacji, doczekała się. Prowadzący spotkanie mężczyznaodsunął się, zza przepierzenia na podwyższenie wszedł młodychłopak, już nie nastolatek, ale też jeszcze nie mężczyzna. Inezuważnie śledziła jego ruchy, a kiedy ten wreszcie zatrzymał sięprzed mikrofonem, zawiesiła wzrok na jego twarzy i zamarła.
W tym pozornie wyglądającym młodym człowieku rozpoznała tego,którego uratowała. Tego, który będąc na haju zadrapał jąstrzykawką z brudną igłą i zaraził. Czy celowo? Nie, on tylkosię bronił, nie panował nad sobą, jednak w momencie kiedy kobietazorientowała się, co się stało, wiedziała, że wydał na niąwyrok.
Z trudem przełknęła ślinę i opanowała drżenie dłoni. Mimo żejuż dawno pogodziła się z takim, a nie innym stanem rzeczy, jegowidok niesamowicie ja poruszył. Do tego stopnia, że Inez robiłosię na przemian ciepło i zimno, i kobieta zastanawiała się, czyprzypadkiem nie opuścić sali. Jednak cos kazało jej zostać iposłuchać tego, co młodzieniec miał do powiedzenia. Początkowoopowiadał o sobie, o tym jak wpadł w nałóg, aż wreszcieprzeszedł do właściwej części historii. A przynajmniej tejczęści, którą zainteresował Inez.
- Wiedziałem, że jestem nosicielem. Może nawet na długo przedtym, nim mnie przebadali… W końcu na pewno zdajecie sobie sprawęz tego, jak wygląda środowisko narkomanów. Strzykawka przechodziłaz rąk do rąk. Prawdopodobieństwo tego, że ktoś z nas byłnosicielem i zarażenia było… wysokie. Niesamowicie wysokie. Aletak właściwie po co tutaj jestem? Żeby powiedzieć, że problemten nie dotyczy tylko ludzi takich jak ja. Że może spotkać takżezupełnie przypadkowa osobę… Pamiętam moment, w którym dotarłodo mnie, co tak naprawdę ze sobą robię. Leżałem naćpany wjakimś ciemnym zaułku, miałem naprawdę niezły odlot.Przedawkowałem, tak po prostu. I pewnie by mnie tu dziś nie było,gdyby nie całkiem obca kobieta. Sam nie pamiętam, co dokładnie sięwydarzyło… Wiem tylko, że kiedy wyrwała mnie z amoku, byłemnieźle wkurzony. Chciałem, żeby sobie poszła, żeby dała mispokój, żebym mógł wrócić do mojego świata. Ale ona byłauparta, nie dawała za wygraną, zaczęliśmy się szamotać…Dopiero w szpitalu, kiedy mnie odratowali, powiedzieli mi, żezadrapałem ją moją strzykawką. Brudną, wielokrotnie używanąstrzykawką. A później dodali, że jestem nosicielem. Nie musieliwspominać, że prawdopodobnie ją zaraziłem…
Grant drgnęła, wyłączyła się, bezwiednie trąc cienką, jasnąbliznę na przedramieniu którą raczej trudno było zobaczyć,jeżeli ktoś nie wiedział, gdzie szukać. To o niej, to wszystko oniej! Nie wiedząc, co ze sobą zrobić, Inez porwała swoją torbęi poderwała się z miejsca jakby chciała uratować się ucieczką.Wróciło do niej zbyt wiele wspomnień, teraz, kiedy znowu gozobaczyła i przypomniała sobie, jak czuła się przez pierwsze paręmiesięcy po zarażeniu. Jak nie było jej stać na leki, wreszciejak boleśnie odczuła ich skutki uboczne.
- Proszę pani, wszystko w porządku? – zagadnął ktoś.
- Ja tylko… – wybełkotała, wpatrując się w chłopaka stojącegona podeście.
- O Boże… – rozległo się nagle, kiedy ten na nią zerknął. –Nie, to nie możesz być ty, prawda? Nie, nie wierzę…
W jednym momencie zrobił się wokół niej niesamowity szum.Dlaczego akurat wtedy, kiedy za wszelką cenę chciała pozostaćniezauważona? Poczuła się jak osaczone zwierzę, które mogłoliczyć jedynie na swój instynkt. Z jednej strony chciała uciekać,z drugiej marzyła o tym, by wreszcie się z nim skonfrontować. Akiedy przedarł się do niej organizator i odciągnął ją na bok,dopiero po chwili dotarły do niej jego słowa.
- Proszę pani, to prawda? – spytał, lekko zaciskając palce najej ramieniu.
- Tak… Raczej tak… – mruknęła wciąż zagubiona. – Ja… Tobyło dwa lata temu. Nie zapomniałabym tej twarzy – dodała,spoglądając na niego niepewnie. Jakby szukała jakiejś rady,wskazówki co do tego, co ma zrobić.
- Może mogłaby pani… Wiem, że proszę o wiele… Ale możemogłaby pani coś nam o tym opowiedzieć?
- Niby co? Wszyscy wiemy, jak wygląda życie osoby zarażonej.
- Nie wszyscy. Większość osób na tej sali nie zdaje sobie z tegosprawy. A na pewno rzadko oto znalazł się w takiej sytuacji jakpani…
Piętnaście minut później Inez stała przed kilkudziesięciomaosobami na drżących nogach i zerkając w ich twarze, niepewniezaczęła wylewać z siebie potok słow.
- Zostałam zarażona nieco ponad dwa lata temu… I jestemnosicielką wirusa HIV.
Ciemna uliczka świeciła pustkami. Światło latarni z głównejarterii docierało tutaj w zaledwie nikłym stopniu, lecz Inezubzdurała sobie, że dzisiejszego dnia wybierze skrót. Po męczącymdniu w pracy chciała być szybciej w domu. I gdyby nie pośpiech,jej życie wyglądałoby zupełnie inaczej.
„…będąc już bliskowylotu uliczki, przystanęła nagle i zmarszczyła brwi. Coś byłonie tak… Jakiś nowy element wyraźnie zakłócał porządek tegomiejsca, którego obraz wyryła w swej pamięci. Rozejrzała się,przeczesując ciemność wzrokiem. Schody pożarowe, prowadzące ażna dach niższego z budynków. Kubły na śmieci, jak zwykle zapchanepo brzegi i chodnik wokół nich, usiany czarnymi workami, które otej porze wyglądały jak przyczajone, zakapturzone postacieściśnięte blisko siebie. Drzwi, prowadzące na zaplecze sklepu zestarociami… A pod nimi leżący na ziemi mężczyzna…”
„…mimo to czołomłodzieńca było rozpalone, a oczy dziko tańczyły pod jegopowiekami. Inez przytknęła palce do szyi nastolatka, chcącsprawdzić tętno. Jego serce biło jak oszalałe. Grant odsunęłasię, mierząc wzrokiem sylwetkę chłopca. Dopiero teraz w oczyrzuciła jej się jego lewa ręka. Podwinięty mankiet koszuliukazywał poorane bliznami i zrostami przedramię….”
„…zostaw mnie! –zawył chłopak, po czym drgnął i poderwał się do pozycjisiedzącej. – Zostaw! – krzyknął, wodząc wokół nieprzytomnymwzrokiem. – Zostaw!!!
-Spokojnie… – Inez złapała go za ramiona i przycisnęła do drzwi,pod którymi wcześniej leżał. – Spokojnie. Popatrz na mnie! –powiedziała ostro, starając się nad nim zapanować.
-Zostaw! – Narkoman szarpnął się i spojrzał na nią z furią,oddychając ciężko. Nagle uniósł prawą ręką i nim Inez zdążyłazareagować, drasnął ją czymś w przedramię. Mimo to nie puściłago, a jedynie zerknęła w bok.
Kolejny błąd.
Chłopak trzymał w dłoni strzykawkę i najwyraźniej nie zamierzałjej puścić. Nie wiedząc kiedy, igła znalazła się w dłonikobiety. Inez natychmiast od niego odskoczyła i wyzywając go odnajgorszych, wyrwała z ciała kawałek metalu. Chłopak,niewzruszony, przyglądał jej się z głupkowatym uśmieszkiem.
Gdzieś w oddali dało się słyszeć sygnał pędzącej przez miastokaretki. Dźwięk stawał się coraz bliższy, aż u wylotu uliczkizamajaczyło niebieskie światło koguta. Karetka zatrzymała sięparę metrów od Inez, która aż do tej pory stała nieruchomo,wpatrując się w swoją dłoń. Po jej wierzchniej stronie widocznabyła niewielka ranka, z której powoli sączyła się krew…”
„…narkoman, któremustarałaś się pomóc, był zarażony wirusem HIV… – powiedziałcicho, przekonany, że tymi słowami zadaje jej ból. Nie, rana jużdawno się zasklepiła, zostawiając po sobie jedynie cienką bliznęw jej pamięci. To, co początkowo było nierealne, stało sięoczywistym faktem. Nie mogła nic zrobić, nie mogła protestować.Teraz pozostaje jej czekać.
-Rozumiem.
-Wiesz, co masz z tym zrobić?
-Wiem aż zbyt dobrze.
Bezsłowa pożegnania rozłączyła się i wcisnęła komórkę podpoduszkę. Trzy miesiące życia w niepewności… Czy aby na pewno?Czuła, że zna prawdę. Nie potrzebny był jej żaden świstek,potwierdzający wynik badania. Nie było jej potrzebne już nic…”
„…wynik pozytywny,jesteś nosicielką wirusa HIV – oznajmił, nie spoglądając nanią. W dłoń wcisnął jej jedynie zadrukowane malutkimi symbolamikartki. Inez złożyła je starannie i schowała do kieszeni, po czympożegnała się z katem odzianym w biel i ponownie opuściłaprzeklęty budynek, powolnym krokiem ruszając w stronę…Właściwie, dokąd mogła pójść? Co mogła zrobić? Ach! Jakaszkoda, że prawda jednak istnieje! Aż chciałoby się ją zdeptaći stłamsić, raz na zawsze zniszczyć. Ale nie tym razem…
Ratowniczka zatrzymała się i spojrzała na czekającą nieopodalprzyjaciółkę. Przykleiła na twarz swój nowy atrybut, świeżonabyty niezobowiązujący uśmieszek i podeszła do kobiety. Niemusiała nic mówić, Lea czytała z jej oczu jak z otwartej księgi.Nie zapominajmy, że każda maska ma wycięte dwa otwory, na oczywłaśnie. Złośliwość rzeczy martwych…
– Tonie koniec, Inez – mruknęła, przygryzając dolną wargę.
-Masz rację, to nie koniec. To zaledwie początek…”
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz