piątek, 2 grudnia 2011

1849. Rano chodzi na czterech łapach, w południe na dwóch, a wieczorem na trzech?

     Poczekalnie w przychodniach zdrowia, Sol zawsze kojarzyły się z zapachem starych ludzi. Oczywiście gdy była mała, u pediatry staruszków nie było, czasami tylko jakaś babcia przychodziła z wnukiem, ale przeważnie dzieciaki trzymały za rękę mamę, albo tatę. Potem, gdy Duval przeniosła się do przychodni dla dorosłych, jej obawy, ze rejestrację należy będzie robić z wyprzedzeniem kilku dni, okazały się słuszne.Tak samo przypuszczenia, że w kolejkach do specjalistów, lub głównego lekarza prowadzącego, pełno będzie ludzi starszych i pachnących… pudrem, perfumami poziomkowymi i naftaliną. Brr… coś doprawdy mało przyjemnego. Nie to, żeby ruda miała coś przeciwko dorosłym powyżej pewnej granicy wieku, o nie, po prostu bała się tego, że sama stanie się niedołężna i bezużyteczna. Tak, umiała otwarcie przyznać się do tego strachu przed starością.
     Gdy siedziała więc w poczekalni, na przemian obrzucała się ciekawskimi spojrzeniami z innymi ludźmi. Śmieszyło ją to. Każdy chciałby o coś spytać, każdy miałby coś do powiedzenia, a wszyscy i tak milczą. Ludzie to nie wilki, jeden drugiego by przecież od razu nie zagryzł.
 - Duval! – na dźwięk własnego nazwiska, odwróciła wzrok, do tej pory dyskretnie śledzący powolne ruchy jednej z starszych pań i szybko weszła do gabinetu ortopedy.

     Trzy nogi. Kiedyś była taka zagadka, jak ona szła…? „Co to za istota. Rano chodzi na czterech łapach, w południe na dwóch, a wieczorem na trzech?” Banał, banał, banał, jak jasny gwint! A z początku i tak każdy się głowi, prawda?
     Jadąc autobusem, Sol spoglądała na krótką laskę, opartą o barierkę zamontowaną w pojeździe. Krzywiła się z niesmakiem, co rusz przenosząc wzrok na własne kolana. Nigdy nie planowała innego życia, jak tego, na które teraz pracowała. Nigdy nie szykowała scenariusza innego, jak ściśle związanego z baletem. Tańczyć, tańczyć, tańczyć, trochę się przy tym męczyć, bo jednak ten sport był wymagający, ale kochała to. Teraz mogła odetchnąć spokojnie.
 - Mam bilet – zapewniła, gdy podszedł do niej mężczyzna z jasną teczką pod pachą. Byłą pewna że to kontroler, zaczęła nawet szukać świstka po kieszeniach, póki nie doszedł jej uszu cichy śmiech, a wesołej zajął miejsce obok. 
     Ruda uniosła brew i spojrzała na profil gościa, po czym, czerwieniąc się obowiązkowo jak burak, odwróciła się w stronę okna. O, bardzo fajnie, jeszcze na wariatkę wyszła. Norma.
 - Ja też mam bilet – usłyszała po chwili i parsknęła śmiechem. Ten dzień na prawdę nie był zły.

     Dobrze, dobrze, była bałaganiarą. Była, a jej mieszkanko to istny Sajgon. Teraz do już na pewno, bo do balerinków, gdzie w każdym kącie leżał pojedynczy o innym kolorze, do tiulowych wykończeń strojów i kostiumów, trykotów, jasnych rajstop i innych drobiazgów koniecznych na egzaminy i występy, dochodziły kartki. Do tej pory w mieszkaniu rudej królowały kolory, teraz jednak zwyciężała biel papieru. Kserówki, wydruki, ręcznie zapisane świstki, przez ostatnie cztery tygodnie nazbierała tego sporo. 
 - Tak? Hej. Nie. mam problem. Musze sprzątać. Chyba to spale. Nie wiem. Nie. Może… Pa. No pa – jej rozmowy z osobami, których interesował jej stan ze względu na to, czy wskoczą na jej miejsce na zajęciach, wyglądały właśnie tak. Krótko, zwięźle, bez zbędnych i niewygodnych formułek. 
     Sol tak na prawdę była rozgadana i mogłaby mieć dużo przyjaciół, gdyby miała więcej czasu. Tyle że ta dziewczyna za bardzo skupiona była na osiąganiu celów i spełnianiu własnych marzeń. Trochę to smutne. Ale nauczyła się jednego i tego ściśle trzymała – jak nie umiesz kopać ludzi w dupę, to oni cie wykopią i to szybciej, niż myślisz.
   
     Żadna rehabilitacja konieczna nie będzie i to wielki plus. Sol choć otrzymała surowe zalecenie, ze ma na razie jeszcze uważać i nie nadwyrężać nogi, to biegła na zajęcia jak szalona. Na początku, kiedy pierwszy raz chwyciła za laskę, miała ochotę ją złamać na pół i cisnąć jak najdalej. Potem z goryczą  musiała stwierdzić, że się nawet przyzwyczaiła. Następnie zupełnie zapomniała, ze prócz torebki, jak każda kobieta, nosi jeszcze jeden dodatek. I grubo się myliła sądząc, ze zatęskni za nim. Bez laski czuła się jak… tancerka na własnych, zdrowych nogach. Porównałaby to do ryby w wodzie, ale na kąpiele było zdecydowanie za zimno, zwłaszcza na zewnątrz.
    – Nie spóźniłam się – powitała profesora, który na jej widok, kiedy wbiegła do sali z dwoma kubkami kawy, już, już otwierał usta z zamiarem rzucenia kąśliwej uwagi.
 - Ale kawa ostygła – zauważył, odbierając od niej kubek i znikając za szklanymi drzwiami, przez które i tak było widać, jak podjada bezy z dolnej szuflady biurka.
   Ruda, rzucając płaszcz na wieszak, po którym i tak się obsunął na podłogę, spojrzała na trzy teczki, czekające żałośnie, aż ktoś się nimi zajmie. Jej zaległe notatki… trudno było zabrać się za wszystko od tak, na raz, po kilkutygodniowej przerwie. Ale skoro przekupiła już kawą tego starego belfra to i pewnie nadgonić materiał jej się uda. Oby…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz